instagram

Kuba i dwie przesiadki

Jak zacząć? Tyle słów ciśnie mi się na usta. Pozostanę przy pierwotnym pomyśle, zresztą zapożyczonym z forum ‚Fly for free’: Deal siadł!!! Nazywany później ‚El burrito’ z racji tego że wszystkie loty w kierunku ameryki łacińskiej miały przesiadkę w Meksyku. A było ich parę, Peru, Gwatemala, Panama, Salwador i wreszcie Kuba. Zdecydowałem się na ostatni kierunek w parę chwil. Już jakiś czas wcześniej mówiłem siostrze, że jak trafię na świetną okazję aby wyruszyć w dalszy świat, nie będę się długo zastanawiał. Jak powiedziałem tak zrobiłem. Parę minut później bilet był już mój, a właściwie jego elektroniczna wersja. Był to poranek 12 czerwca, wylot z Amsterdamu miałem w listopadzie, w sam raz na ucieczkę od jesiennej polskiej słoty.

Z początku wahałem się i bałem, miałem nawet delikatną nadzieję że linie lotnicze anulują moje zakupy i nie polecę, jednak Aeromexico wzięło na siebie tą wielką odpowiedzialność przewiezienia rzeszy polaków do Meksyku i dalej. Musicie bowiem wiedzieć że była to wielka akcja, nie pojedyncze błędy w taryfach, czy super wyprzedażowe okazje cenowe. Faktem jest że trwało ty tylko kilkadziesiąt (?) minut, lecz rozeszło się dużym echem wśród portali z tanimi biletami. Ilość naszych rodaków w samolocie była imponująca, ale o tym później. Aha, zapomniałem o czymś, cena 🙂
dsc07010-copy
Mój bilet kosztował jakieś 650 zł! Oczywiście w obie strony. Aż tak różowo jak cadilaki na zdjęciu powyżej jednak nie było. Musiałem sobie załatwić jeszcze transport do Amstedramu, bowiem z tego miasta były wyloty. A tanie linie bezpośrednio do tego holenderskiego miasta jednak nie latają. Cóż, sprawę załatwiłem dopiero we wrześniu, był czas na dalsze zastanawianie się, ponieważ wyczytałem, że aby podróż była pewna, trzeba jeszcze poczekać kilkanaście dni i zobaczyć jak zachowają się linie lotnicze. Spisali się na medal, nie słyszałem aby komuś anulowali bilet, choć podczas lektury wątku o tej okazji, widziałem że niektórzy mieli innego rodzaju problemy; ale nie tu o tym. Zatem lecimy.
dsc07028-copy
Przygotowania jak zawsze nie wyszły mi najlepiej, w przeddzień wyjazdu jeszcze sporo informacj ogarniałem, oczywiście podstawy, typu nocleg, wiza 🙂 i wstępny plan przelotów miałem zorganizowany. Zatem wyruszyłem raniutko 21 listopada, dzień pierwszy to zwiedzanie Amsterdamu, późnym wieczorem wylot do Meksyku. 10 godzin w samolocie, duże różnice czasowe, z racji wykonywanego zawodu nie miałem z tym najmniejszego problemu i nad ranem daty 22.11 już czekałem na lot do Hawany. Po południu czasu lokalnego byłem już w swoim pokoju.
dsc07015-copy
Powrót nieco dłużej się rozłożył w czasie, trochę też z powodu tego, że godzin mi dodało gdy leciałem. Wylot nad ranem 27 listopada. W Mexico City byłem dosyć rano i znowu całodzienne zwiedzanie miasta. Kolejno o 22 lot do europy i wieczorem czasu naszego byłem na miejscu. Kolejnego dnia z rana powrót do Warszawy, szarej i zimnej. Amsterdam zresztą wcale nie lepszy.
dsc06859-copy
Zaczynajmy zatem. Amsterdam przywitał mnie dosyć ciepłą aurą, zapowiadało się na deszcz, ale niebo wytrzymało, mżyło tylko nieco czasem, ale leciutko. Miałem na sobie tylko bluzę i rowerowy golfik, oczywiście również cienką czapkę i rękawiczki, plus buff na szyję. Nie chciałem zapychać potem bagażu zimowymi ciuchami, zwłaszcza że na miejscu miało być w okolicy 28-30 stopni. Dojazd z lotniska komfortowo szybką koleją, udałem się na chodzenie bez celu.
dsc06861-copy
Miasto świątecznie udekorowane, ludzi dużo, rowerów jeszcze więcej. Układ ulic Amsterdamu jest specyficzny, zdeterminowany przez kanały. Wszędzie biegną trasy dla jednośladów. Musi być tu ładnie latem, woda płynie spokojnie, na niej małe promy, dookoła dzwonki rowerów…
dsc06888-copy
Parę godzin spędziłem na zwiedzaniu, plecak mi nie ciążył, nie miałem w tą stronę bagażu rejestrowanego, lecz zabrałem mój turystyczny pomarańczowy ‚worek’ z Decathlonu. Oczywiście bagaż rejestrowany był w cenie, ale dopiero na dalszych odcinkach podróży. Na lot powrotny jednak miałem już wykupione miejsce w luku, możecie się domyślać na co, o tym potem.
dsc06865-copy
Generalnie nie miałem nic szczególnego w planach. Chciałem na pewno zjeść frytki, o coffee shopach nie myślałem.
Obowiązkowy punkt na mapie zwiedzania to jednak dzielnica czerwonych latarni. Byłem dwa razy 🙂 Jednak po to aby zobaczyć jak to wygląda w świetle dnia, a jak po zmroku. Co mogę powiedzieć- trzeba się sporo nachodzić, oczywiście występuje koncentracja takich lokali, ale na paru ulicach. Można się również natknąć, no coś co nie chcecie zobaczyć, no chyba że lubicie panów w damskim wydaniu, albo panie o specyficznym typie ‚urody’.
dsc06876-copy
dsc06878-copy
dsc06892-copy
Szkoda mi trochę tej jesieni, ponieważ Holandia to przecież tulipany. Mogłem je podziwiać jednak w nieco innej formie oraz na obrazkach:
dsc06881-copy
Po mega porcji frytek, którą z trudem zmieściłem, zacząłem się zbierać, trzeba ruszać dalej i na spokojnie zapoznać się z lotniskiem.
dsc06891-copy
Przepakowałem się trochę, tak aby w samolocie mieć jak najmniej i rzeczy tylko potrzebne; ruszyłem oddać bagaż.
Miejsce miałem zlokalizowane z tyłu samolotu, od przejścia w środkowym rzędzie. To była moja pierwsza podróż z bagażem rejestrowanym oraz lepszymi liniami lotniczymi, również ‚Dreamlinerem’. Wszystko poszło gładko i przyjemnie, drzemało się dosyć wygodnie, posiłki wyglądały o wiele ciekawiej niż na zdjęciu które ktoś zamieszczał na forum. Załapałem się nawet na kurczaka, który dotrwał do mojego rzędu na tyle. Obejrzałem film, a potem próbowałem się trochę przespać i odpocząć, za mną bowiem 24 h niemalże na nogach.
Po przylocie do Meksyku, powitało mnie chłodne lotnisko. Jeszcze nad ranem, choć polskiego czasu około 12, przeszliśmy szybką kontrolę celną, wszystko poszło bezproblemowo. Teraz tylko czekać na upragnione tropiki. Musiałem jeszcze kupić wizę na Kubę, czyli zapłacić za zwykły świstek papieru. To był jeden ze stresujących momentów, ponieważ można to było zrobić w Polsce, najlepiej przez biuro podróży, ja tego nie uczyniłem, ponieważ tu powinno być dużo taniej, lecz bez tego dokumentu nie wszedłbym na pokład samolotu. Problemem była 4 rano, jednak potem otworzyli stanowisko Aeromexico i kartę turysty miałem w garści. Mogłem lecieć. Tym razem podróż krótsza, tyko cztery godziny, kolejny film, dalsze wypełnianie świstków papieru, tym razem o tym co niby chcę oclić na wyspie. Kontrola, zdjęcie, nie będę juz dokładnie tego opisywał,dalej czekanie na bagaże, wyjście bez kolejki, ponieważ nie załapałem się do kontroli, ani nie byłem lokalsem, który wwozi duże paki. Wychodzę na powietrze, buch ciepłego powietrza, banan na twarzy, Hawano witaj!
dsc06896-copy
Spacer na przystanek autobusu miejskiego, kilkaset metrów, taksówkarzy chyba z 5 mnie zaczepiało, potem podróż zapchanym lokalnym autobusem do centrum miasta, jakieś 0,5 godziny, w cenie 1/400 ceny taksówki. No i teraz czas na parę słów o walucie, a właściwie dwóch. Peso zwykłe dla mieszkańców, zwane CUP, oraz to drugie dla turystów, zwane CUC- peso convertibles. Pierwsze jest niby nic nie warte, mieszkańcy używają go do wszystkich zakupów, problem jest tylko z tym, że nie wszystko da się kupić za niego. Kuba to bowiem jak pewnie większość z was wie, kraj komunistyczny. Ja nie pamiętam tych czasów, ponieważ jeszcze wtedy na świecie mnie nie było, a jak już byłem, to robiłem w pieluchę, jednak wiele osób te czasy dokładnie pamięta, może nawet wspomina z nostalgią… Podsumowując, za walutę dla turystów można w specjalnych sklepach kupić artykuły ekskluzywne, czyli szampony, kosmetyki, czy miększy papier toaletowy. Jak u nas kiedyś peweksy i kartki na wszystko. Nie chce się za bardzo mądrzyć, bo nic o tym prawie nie wiem, ale Kuba jest teraz takim krajem, który powoli z powrotem otwiera się na świat, tylko ciepłym i wesołym.
dsc06906-copy
Wróćmy do taksówki, zapłaciłem 1 Cup. 1 Cuc, to tak jakby dolar, za 1 Euro, które wymieniać się opłaca o wiele korzystniej, ponieważ z amerykańskiej waluty na wstępie państwo zabiera 10 %, dostaniemy około 1,1 ichniejszej waluty wymienialnej. 24 Cup’y to 1 Cuc. Zatem za autobus zapłaciłem w dużym ułatwieniu około 50 groszy, taksówka to już inna waluta, i życzą sobie jakieś kilkadziesiąt złotych. Dość już rachunków, do dalszych obliczeń przyjmniemy że peso wymienialne to około 4 zł, a jeden Cup to 20 groszy.
dsc06913-copy
Starałem się płacić walutą dla turystów, nawet za drobne rzeczy, ale małą kwotę również wymieniłem na cupy. Można było to zrobić oficjalnie, w banku, na lotnisku jednak pani nie chciała mi tego zrobić. Jeszcze jedna mała dygresja, zwykli Kubańczycy nie mogą sobie wymienić ot tak waluty, tym samym nie mają dostępu do niektórych towarów, to tak jak kiedyś u nas dolary i dewizy. Dlatego tak ważna jest dla Kuby turystyka i napływ obcej waluty, najlepiej bezpośrednio do nich, lub poprzez peso wymienialne, tym drugim mogą sobie podcierać wiadomo co, gdyby przyszło posłużyć się nim dalej niż w lokalnym sklepie.
dsc06914-copy
Wysiadłem z autobusu, usiadłem na ławce, po paru chwilach podeszła już do mnie babeczka. Luźna gadka, skąd jestem kiedy przyjechałem, czy mam nocleg, czyli casę, oraz czy nie potrzebuje cygar, czy czegokolwiek… I to jest cały urok Kuby. Naganiacze wszechobecni, załatwią ci wszystko, od wspomnianego tytoniu, po rozrywkę, wejście do klubu znajomego, oczywiście najlepszego, poprzez pokój, a kończąc na trawce do palenia. Pierwszego dnia rozmawiałem chyba z 3 osobami, w ciągu całego wyjazdu ‚poznałem’ już kilkanaście osób. Zdarzały się również wyjątki, jeden pan już pod koniec mojej wizyty wziął mnie za lokalnego i nic nie chciał ode mnie, albo już tak zręcznie odnajdywał się w swoim fachu że wyczuł że nic z tego nie będzie, i chciał sobie pogadać 🙂 Rozmowa zawsze zaczyna się od tego samego: skąd jesteś. Polska to dla nich dosyć egzotyczny kraj, ale znany, ponieważ jako kraje bloku komunistycznego, niegdyś w pewnym sensie współpracowały, o tym później. Często byłem brany za Hiszpana, pewnie dlatego że się trochę opaliłem, albo wymawiałem ‚Gracias’ z odmiennym akcentem. Jednak fakt że mieszkamy już na obrzeżach unii w dalekiej europie, przed niczym nas nie chroni.
-Jesteś z Polski?
-Tak
-A wiem, Lewandowski 🙂
Czasem wspominają jeszcze naszego papieża, albo innych piłkarzy. Pod koniec jednego dnia, gdy miałem już ich dosyć, jeden mnie zaczepił, i wspomniał o naszym reprezentacyjnym piłkarzu, nawet się już nie zatrzymywałem, tylko machnąłem ręką i podziękowałem, dodając na odchodnym że zapomniał o Podolskim, bo tego też z nami kojarzą 🙂dsc06926-copy
Warto teraz wspomnieć o bezpieczeństwie. Zupełnie nie ma się czego bać. Owszem kraj jest biedny, brud i smród często na ulicach, ale ani razu, nawet przy takim zaczepianiu przez nieznajomych, nie wyczułem złych intencji. Ten ważny aspekt podróży bardzo podniósł moje mniemanie o tym kraju i jego mieszkańcach. Spacerowałem po różnych zaułkach, mieszkałem prawie w samum centrum, wracałem wieczorami i zawsze czułem się dobrze.
dsc06918-copy
Zmieńmy trochę klimat i powróćmy do zwiedzania. W moim przypadku było to spacerowanie po Havanie i wybranie się dwa razy kawałek dalej. Na więcej nie miałem jakiejś specjalnej ciągoty, po pierwsze byłem sam, a po drugie nocleg miałem zarezerwowany na całą podróż w stolicy, a podróżowanie w inne rejony wyspy wiąże się z wyjazdem daleko i długo. Kuba ma wiele do zaoferowania. Miałem chęć na Vinales, miejscowość niedaleko, w głębi wyspy, gdzie można zobaczyć produkcje cygar. Jest też dużo pięknych plaż, ale daleko od Havany i bardzo często tylko dla turystów mieszkających w kurortach. Dlatego też logistycznie nic z tych rzeczy nie było mi na rękę, miałem 5 dni do zagospodarowania, pod koniec już wszystko miałem obchodzone, ale jestem zadowolony, że spędziłem je w Havanie. Na zdjęciu niżej to Malecón, jego bliższa starego miasta część.
dsc06900-copy
dsc06898-copy
dsc06953-copy
Wybrzeże i falochrony, do tego trochę śmierdzi, jak to w takich miejscach, ale na początek może być. Miałem problem z przejściem ulicy, bo ruch duży, a do tego pasów wiele, potrafi ich być tu po kilka, plus rozjazdy. Spotkałem też tu naszych rodaków odpoczywających na murku, poznanych wcześniej na lotnisku. Parę słów jeszcze o dealu. W pierwszym samolocie startującym z Amsterdamu, było około kilkadziesiąt naszych obywateli. Dalej, na Kubę również kilkanaście, minimum 20-30 nas było. Świadczy to o skali tej oferty i jej atrakcyjności. Aha, terminów było do wyboru od wczesnej jesieni, do końca zimy…
dsc06920-copy
Nie miałem wygórowanych oczekiwań co do Kuby, dlatego pewnie się nie zawiodłem. Na zdjęciach i folderach jest pięknie i czysto, rzeczywistość jest jednak odmienna. Jednak ciepło, atmosfera i moje specyficzne podejście od podróży sprawiły że było świetnie. Bardzo dużo skojarzeń to samochody, amerykańskie oldtimery z lat z górką ponad 50-ciu. Niektóre w lepszym, drugie w gorszym stanie, wszystkie natomiast niemiłosiernie kopcące. Starannie utrzymywane przy życiu przez Kubańczyków. Nie ma części zamiennej? To się zrobi, tak jest również z naszymi fiatami maluchami:) Jest ich trochę na ulicach.
Jednak to nie one stanowią symbol miasta, rolę tą pełnią tu długie i majestatyczne cadilaki, oczywiście w żywych kolorach. Miłośnicy motoryzacji znajdą tu na pewno wiele perełek, ja niestety specem od emerytowanych amerykańskich aut nie jestem, ale z chęcią je fotografowałem.
dsc07006-copy
Samochody te, to bardzo dobre źródło utrzymania dla Kubańczyków. Usługi podwożenia, przewożenia, zwiedzania oraz jako tło do zdjęć na przejażdżkach, stanowią źródło amerykańskich dolarów, i innej wartościowej gotówki dla ich posiadaczy. Takie wycieczki z pewnością uszczuplają portfele zagranicznych turystów o kwoty dla nich akceptowalne, pieniądze zadowalające i pozwalające wygodnie żyć kierowcom i ich rodzinom, a dla mieszkańców dalekich małych wiosek stanowiące prawdopodobnie miesięczne budżety. Cóż, tak się zarabia.
dsc06929-copy
No właśnie, jak właściwie wygląda Havana? Nieliczne miejsca w ścisłym centrum, okolice Capitolu, którego kopuła i obrzeża były remontowane, są akceptowalne wizualnie, jest porządek. Nawet w parku przez który zawsze przechodziłem strażnicy nie pozwalali mi przysiąść na krawężniku, bo były ławki! Przyjechał taki z Polski, bez ogłady i wychowania 🙂
dsc06923-copy
dsc06942-copy
Również niektóre mniejsze placyki, np. przy budynkach użyteczności publicznej, nadają się jako tło do zdjęć w rodzinnych albumach.
dsc06927-copy
Cała reszta to za przeproszeniem jeden wielki syf. Oczywiście w pozytywnym znaczeniu:) Bieda, brak materiałów budowlanych, pieniędzy o realnej wartości. Mnóstwo budynków w starszej części miasta woła o pomstę do nieba. Parę kilometrów dalej (Havana to duże miasto) jest już lepiej, nowsze budownictwo, inny świat, ale tam nie chodziłem raczej. Tu było ciekawiej. Pomimo tego co pisałem wyżej, życie w mieście tętniło, jeżeli dom sąsiada wygląda tak samo jak mój, jeżeli wszędzie na rogach ulic są śmiecie, to trzeba się do nich po prostu przyzwyczaić, tak wygląda nasze miasto.
Dzieci po szkole wylegały na ulice, dorośli również, babcie siedziały pod budynkami, lub w mieszkaniach na parterze przy otwartych oknach i drzwiach.
dsc06931-copy
dsc06937-copy
dsc06939-copy
dsc06941-copy
Na Kubie jest dziwna sytuacja z internetem, niby jest, ale go nie ma. Wieczorami na placykach, w parkach ludzie się zbierają, ktoś udostępnia sieć, często odpłatnie, o to też zaczepiają wieczorami. Słyszysz cichy szept, mijana osoba tajemniczym głosem, tak aby nikt nie słyszał szepce: wi-fi? Tak jakby to był towar nielegalny, reglamentowany. Z tym drugim to chyba prawda, właśnie państwo z tego co czytałem ogranicza swoich obywateli.
dsc06946-copy
Mieszkałem na jednej z najbardziej uczęszczanej ulicy w Havanie przy starej części, tak mi się przynajmniej wydawało, na ‚San Rafael’ który przechodził potem w ‚Obispo’. Mijałem na nich takie dwa miejsca z internetem, zawsze przynajmniej setka osób czatowała, rozmawiała  na facebooku, nawet poprzez video.
dsc06948-copy
Wróćmy jeszcze do ‚naganiaczy’, naprawdę świetni w swoim fachu ludzie. Zawsze pytali się który to twój dzień w Havanie, pierwszego dnia zawsze wspominali o festiwalu cygar
-dziś jest specjalna zniżka, święto i te sprawy, znam pewną osobą, ona ma bardzo dobre cygara, wiesz kolego (błyskawiczne przejście na ‚ty’), cohiba (popularna marka) i te sprawy
-a, ok, ok, bla bla bla…
Gdy mówiłem że jestem drugiego dnia to był festiwal salsy,
-tam jest dobry klub, wejście o połowę taniej, a w drugiej dzielnicy jeszcze lepszy, zamówić ci transport?
-a, dobrze dobrze, może zajrzę….
O wszechobecnych rikszach rowerowych i zwykłych taksówkach nie wspomnę, podobnie z restauracjami, ale to już chyba standard w miejscowościach turystycznych nawet u nas.
dsc06944-copy
Kolejne dni to już gadka ogólna, o wszystkim, co ci potrzeba, my friend, jak ci się podoba miasto, czy wszystko ok?! Było to nawet miłe, bo jak wcześniej wspomniałem trafiali się i tacy co tylko sobie chcieli pogadać. Generalnie im bardziej się rozglądałem, tym więcej słyszałem. Po tych 3-4 dniach myślałem że rozwaliłem ich system, i spacerowałem trochę jak pijany, ze spojrzeniem mówiącym że wiem gdzie idę, oraz chodem na Clinta Eastwooda, jednym słowem totalny luz. Srodze się zawiodłem, cygara, taxi, kluby zmieniły się po prostu na ‚some weed’? Dałem za wygraną, najlepszy sposób to machnąć ręką, podziękować i iść dalej 🙂
A może rzeczywiście przegapiłem dwa festiwale?
dsc06956-copy
Trochę o jedzeniu i cenach. Te drugie są europejskie. Aż trudno w to uwierzyć patrząc na wartości ich waluty, oraz poziom życia. Niestety, turysta musi płacić i tyle. Tak jak u nas w Zakopanym przed świętami 🙂 Generalnie jakość serwowanych potraw w restauracjach nie jest rewelacyjna. Owoce morza i ryby owszem są, ale różnorodność reszty jest mała. W diecie Kubańczyków istotną role stanowią jajka, pieczywo i owoce. O wyższej jakości mięsie można zapomnieć. Zawsze natomiast na śniadanie dostawałem talerz ananasa, gujawy, papai i mango w różnych proporcjach, mniam 🙂
dsc06955-copy
Streetfood to natomiast wszędzie takie same pizze z serem i sosem, czasem ananasem, w cenie 15-25 Cup, albo kanapki w stylu hamburger lub hot-dog. Ja z chęcią również korzystałem z soków nalewanych prosto do szklanego kubeczka, dobre, ale słodkie najczęściej. Cena wody butelkowej porażająca, ok 1,5 Cuc za półtora litra, do tego wszędzie jedna tylko jej marka. Inne napoje również takie same, swojska cola, napoje pomarańczowe i parę innych smaków gazowanych, oczywiście wszystko to w malutkich punktach, tzw. okienkach. Zwykłych sklepów z uwagi na brak asortymentu raczej mało…
dsc07009-copy
Słów parę o piwie. Zawsze w małej puszcze bądź butelce, do tego 3 rodzaje na krzyż, kubańskie, czasem jakiś heineken lub carlsberg, nie pamiętam. Miałem ciekawą sytuacje z piwem ‚El Sol’. Jest to trunek meksykański. Kupiłem, usiadłem na ławeczce, dwie osoby znalazły pretekst do zagadania:) Oczywiście aby na drugi raz kupić kubańskie, no bo trzeba wspierać rodzimą produkcję. Szczerze mówiąc kupiłem to, ponieważ było w butelce, a ja nie lubię pić z puszki.
dsc07041-copy
Kończę z narzekaniem i przechodzę do zalet. Na początek rum. Hmm, jest go dużo i wszędzie. W każdym miejscu i w miarę tanio. Osobiście piłem tylko w drinkach, oraz taki w malutkim kartoniku, już na sam koniec na lotnisku, umilając sobie lekturę i czekając na lot. Oczywiście przywiozłem co nieco do Polski, aby spożyć w zacniejszym gronie. A poniżej porównanie do naszego znajomego lubuskiego 🙂
dsc07040-copy
Czas na relaks. Pisałem wcześniej o plażach. W okolicach Havany nie ma ich prawie wcale. No właśnie prawie. Łatwy dojazd, parę kilometrów od centrum, turystycznym autokarem, regularnie i wygodnie. Są to zalety ‚Playa del Este’. Autokar robi pętle, ja wysiadam na ostatnim przystanku. Po betonowych wybrzeżach i portowych okolicach Havany nie ma już śladu, wejście przez zarośla i moim oczom ukazuje się upragniony widok.
dsc06988-copy
dsc06957-copy
dsc06958-copy
Co tu dużo ukrywać, po wejściu do wody, cieszyłem się jak dziecko, skakałem, rzucałem na fale, leżałem na plecach widząc tylko niebo. Woda cieplutka, czyściutka, ludzi prawie wcale. Co z tego że tych palemek na brzegu troszkę mało, dla mnie raj. Pierwsza kąpiel w Atlantyku, słońce, morska bryza.
dsc06959-copy
dsc06961-copy
W wodzie spędziłem chyba z 5 godzin tego dnia. Na szczęście 🙂 wyszło trochę niegroźnych chmur, inaczej spaliłbym się doszczętnie. Jedyny problem to gdzie zostawić rzeczy. Sposób sprawdzony już na Malcie i na innych plażach. Zostawiam po prostu taki kopczyk z ubrań niedaleko jakiejś zwykle wyglądającej grupy plażowiczów i zerkam co jakiś czas. Tu jednak prawie nie było ludzi, tylko czasem ktoś spacerował. Nie zauważyłem aby ktoś się moimi rzeczami interesował, nawet tubylcy sprzedający kokosy i kapelusze słomiane.
dsc06966-copy
dsc06981-copy
Miejsce zmieniałem parę razy, plaża bowiem rozciąga się na kilka kilometrów, gdzieniegdzie fale były większe, to znowu w innych miejscach były szerokie i dalekie od brzegu mielizny. Miejsca było mnóstwo.
dsc06979-copy
Około 3-4 pm zacząłem się zbierać, jeszcze mała pinacolada w budce przy przystanku, rozmowa z grupką polaków którzy także odjeżdżali i powrót. Zmęczony prawie usnąłem przy latynoskich hitach kierowcy. Z autobusu udało mi się wykonać fajne zdjęcie panoramy Havany ze wzgórza z zamkiem na cyplu:
dsc06997-copy
Codziennie wieczorami wychodziłem na miasto. Budziło się ono wtedy do życia. Nieco chłodniej, ale nadal komfortowo aby zakładać krótkie spodenki i t-shirt. Nawet bank gdzie wymieniałem pieniądze był czynny z pewnością do 23. Sama wymiana przebiegała dziwnie. Kasjerzy skrupulatnie notowali jakie nominały wydają, tłumaczyli wszystko dokładnie, przy wymianie euro na cup, najpierw dawali cuc, potem oddawali niewymienialną końcówkę, i dopiero przeliczali na cup, wszystko jasno i czytelnie, bez zastrzeżeń. W samym banku okienek czynnych chyba z 10, tylko 1-2 zajęte zawsze jak byłem 🙂
dsc07016-copy
Ceny drinków przy tak małym koszcie rumu nie powalały, 3 peso (CUC) to reguła w centrum. Znalazłem fajną knajpkę z takimi za 2 i tu popróbowałem różne rodzaje. A w tej grali fajną muzyczkę na żywo, oczywiście potem zbierali do koszyczka 🙂
dsc07004-copy
Nie przywykłem do robienia zdjęć temu co jem, ani temu co pije, lecz dla was zrobiłem wyjątek 🙂 Jedyny raz podczas pobytu złapała mnie burza, na szczęście wieczorem i blisko mieszkania, przeczekałem i dopiero wróciłem. Reszta pobytu to pogoda idealna.
dsc07039-copy
Miałem koszulkę z nazwą mojego miasta i pewnego wieczoru usłyszałem pytanie z akcentem ‚gdzie są Ryki?’ Nieco się zakręciłem i odpowiedziałem po angielsku że w Polsce 🙂 ‚To wiem ale gdzie są Ryki’, odpowiedział zauważony z tyłu przechodzień. Wtedy się ocknąłem dopiero i już normalnie powiedziałem. Okazało się że był to podróżnik z Czech. Spędził w Havanie już miesiąc, a teraz szedł na spotkanie ze znajomymi…
dsc07042-copy
Obiecałem malucha, oto i on. Z nimi podobno było tak, że sprowadzali je tu kiedyś, ale zapomnieli o częściach zamiennych. Mogłem coś im podrzucić, w garażu z pewnością coś zalega 🙂
dsc07014-copy
dsc07046-copy
Na cygarach się nie znałem, więc wziąłem w końcu z oficjalnej dystrybucji, zresztą i tak pewnie by mi jakiś szajs wcisnęli przy zakupie gdzieś za rogiem. Dzień czwarty z braku laku spędziłem ponownie na plaży. Znowu świetnie, ale fale tego dnia były większe, oraz ocean wyrzucił trochę glonów na brzeg.
dsc07011-copy
W Havanie po ociepleniu stosunków z resztą świata robi się coraz ładniej, jakieś tam roboty trwały, choćby przy wspomnianym wcześniej Capitolu. dsc07018-copy
Ostatniego dnia wybrałem się w kierunku placu rewolucji, na którym kiedyś przemawiał Jan Paweł II podczas wizyty na Kubie. Zostawiłem za sobą ciasne i brudne centrum, zabudowa stała się luźniejsza i nieco nowocześniejsza.
dsc07047-copy
dsc07051-copy
Udałem się w kierunku zoo i cmentarza. Co do tego drugiego, było jedno wejście od południa na które pierwsze natrafiłem, widniała na nim informacja aby wchodzić drugim oficjalnym, gdy jest się turystą. Dalej moja trasa trochę odbiegła na zachód, w stronę dzielnicy ‚La sierra’,  ale podczas powrotu już miałem okazję wejść na nekropolię główną bramą, zrobiłem ze dwa zdjęcia i ktoś mnie zaczepił. Okazało się że trzeba zapłacić aż 5 Cuc za wejście 🙂 Niby ok, bo może jakiś zabytek, ale uznałem że zupełnie nie warto i poszedłem dalej.
dsc07064-copy
dsc07058-copy
Trochę pokluczyłem w ulicach biedniejszych, z większą ilością roślinności, przeszedłem też przez kanał dopływający do oceanu.
dsc07060-copy
dsc07062-copy
Uznałem że czas wracać, więc skierowałem się w stronę Vedado, nowszej dzielnicy La Habany. Na mapie spostrzegłem znany napis więc musiałem wpaść, niestety było nieczynne, chyba od dosyć dawna:
dsc07066-copy
Powoli muszę kończyć tę cześć wyprawy. Podsumowania Havany czas. Jacy są ludzie tam mieszkający? Próbują żyć tak jak reszta na całym świecie. Ich podstawowy byt zależy w dużej mierze od państwa. Mają prąd, wodę, ciepłą już nie zawsze, telewizję i telefony. Turystyka jest dla nich bardzo ważna, jednak przez nią potrafią być roszczeniowi. Turysta powinien pieniądze mieć i tyle 🙂
dsc07021-copy
Jednak jest tu ciepło i pięknie, to chyba sprawia że podejście do życia jest bardzo optymistyczne, tak mi się przynajmniej wydaje. Jeśli kogoś zainteresowałem, polecam lekturę dokładniejszych opisów kraju, w internecie, na innych blogach, bądź w literaturze, ponieważ wszystko to powyżej to moje własne spostrzeżenia.
dsc07043-copy
dsc07024-copy
dsc07023-copy
dsc07068-copy
Nadszedł czas na wylot, który miałem z samego rana. Z racji świetnej temperatury wybrałem się na lotnisko późnym wieczorem, około 22. Po przyjeździe zauważyłem tłumy przed budynkiem, ale były to osoby które czekały na swoje rodziny, przylatujące z różnych zakątków obu ameryk. Po prostu procedury celne długo trwają, Kubańczycy przywożą dużo towarów zza granicy, owiniętych folią w lukach samolotów. Zauważyłem że w hali budynku było o wiele chłodniej niż na zewnątrz. Dlatego zostałem na dworze. Klimat odpowiedni, wyjąłem książkę, trochę poczytałem, otworzyłem również kartonik słabszego rumu i cole. Jakiś starszy pan z obsługi lotniska zapytał mnie czy nie potrzebuje transportu do miasta, potem trochę porozmawialiśmy, wspomniał że miał kiedyś znajomego z Polski, lub znał kogoś kto u nas w kraju kiedyś był.
Zdrzemnąłem się z godzinkę, wypiłem kawkę za kilkadziesiąt groszy i ruszyłem nadać bagaż. Przeprawa przez dalsze formalności, lot, i około 8 rano jestem znowu na lotnisku w Mexico City.
img_20171122_173224-copy Miasto przeogromne, nie było widać końca wśród wzgórz. Z góry powietrze przejrzyste, w pewnej warstwie atmosfery zrobiło się całkiem szaro na horyzoncie, przy lądowaniu wszystko wróciło do normy. Wiadomo, smog, nie taki jak u nas w Krakowie zimą, tylko fotochemiczny, tak przynajmniej mnie uczyli kiedyś w szkole. Głównie spaliny z samochodów, dodajmy do tego olbrzymią powierzchnię miasta i dajmy na to, brak wiatru- efekt murowany. Co teraz? Amsterdam? O nie, nie, mam 15 godzin do odlotu, wyruszam więc na piramidy, do Teotihuacan. MEKSYK!
dsc07115-copy Próbowałem strzelać jakieś fotki z autobusu, ale słabo mi to wyszło. Najpierw jednak musiałem dostać się na dworzec, oczywiście metrem. Sporo naczytałem się o tym, że Meksyk to niebezpieczne miasto. I powiem wam szczerze że na początku się bałem. Pierwsze bowiem wagony przeznaczone są dla kobiet i dzieci, dalej jadą mężczyźni, bądź reszta płci pięknej, która nie potrzebuje takich przywilejów. Wprowadzono to aby zapobiec molestowaniu i taki porządek tutaj się respektuje. W ogóle na mieście jest dużo policji i patrolów, nigdzie nie widziałem na świecie tylu funkcjonariuszy co tu. W pamięci miałem również jedną scenę z amerykańskiego filmu, gdzie miał miejsce napad w metrze, przy użyciu noża. Ktoś komuś go przystawił, reszta widziała ale się nie wtrącała… Sam sobie napędziłem strachu tylko, mimo że była 10 rano. Oczywiście aparat schowałem, zegarek również, zachowywałem się tak jakbym jechał po prostu do przodu. Zaznaczę również, że miny Meksykaninów do najszczęśliwszych nie należą, ludzie styrani pracą i życiem, przypomnijcie sobie biednych chłopów z westernów… Sam nie wyglądałem najlepiej, w dodatku ciuchy u mnie najzwyczajniejsze, bez krzykliwych kolorów i metek. Także wszystko było ok, ogarnąłem się trochę już po wyjściu 🙂
dsc07122-copy
Autobus do kompleksu piramid jechał godzinę, najpierw przez przedmieścia, potem zaczęły się takie małe typowe wioski, mijaliśmy też mnóstwo bazarków. Po dotarciu do celu widok nieziemski, tak blisko i szybko od miasta, atrakcja pierwszej klasy.
dsc07070-copy
Ruszyłem szybko przed siebie, chciałem wejść na szczyt. Mimo chłodnej temperatury rano, ubrałem bluzę, ale spodenki krótkie, teraz było około 25 stopni zapewne. Rześkie poranki, w południe ciepło, taki tu o tej porze roku klimat pewnie.
Czasem podejścia były bardzo strome, trzeba było wspomagać się linami. Widoki z góry wynagrodziły mi wszystkie wysiłki, popatrzcie:
dsc07075-copy
dsc07080-copy
dsc07086-copy
dsc07102-copy
dsc07105-copy
Dwa ostatnie widoki to już inne piramidy. Spędziłem bowiem tu dużo czasu, nigdzie się nie spieszyłem, choć czytałem że popołudniami potrafią być w mieście gigantyczne korki. Cały kompleks jest duży, prawie wszędzie da się wejść. Jest dużo sprzedawców błyskotek i pamiątek, nawet na terenie świątyń. Kupiłem obowiązkowo siostrze kubek, ale już przy wyjściu, gdzie było dużo straganów. Dzień już zaliczyłem do udanych.
dsc07096-copy
dsc07100-copy
Gdy wracałem miałem małą przygodę. Do autokaru bowiem w jednej z mieścin wszedł jeden tubylec i coś zagadał z kierowcą, potem zwrócił się do wszystkich, tu na szczęście zrozumiałem bo język wspomagany gestami jest zaskakująco zrozumiały, kazał pozdejmować czapki i okulary. Za nim natomiast do autobusu wkroczył gość w odzieniu jakby się szykował na odbicie zakładników z rąk terrorystów, gruba kamizelka, kurtka, czapka, szyja wzmocniona jakimś kołnierzem, oraz z wiadomo jakim uzbrojeniem pod spodem. Możecie łatwo sobie to wyobrazić. Ten pierwszy zaczął każdemu robić zdjęcia kamerką i filmować, wszedł jeszcze trzeci potem, już wyglądał na zwykłego żołnierza. Po obejściu wszystkich stanęli z przodu i ich spojrzenia zgodnie wyrażały zamiar przeszukania jednego chłopaka…
dsc07128-copy
Siedziałem z przodu, więc wszystko dokładnie widziałem. Po chwili było już po strachu, wyszli, odjechaliśmy, obiektem zainteresowania okazał się młody chłopak wracający ze szkoły, ot zwykle przeszukanie przejeżdżającego autokaru, o co chodzi chyba większość się domyśla, narkotyki…
Po przyjeździe na dworzec północny, udałem się metrem do centrum, o dziwo dwa razy się nie zabrałem ponieważ nie zdążyłem wejść… Tak, nikt tam nie czeka aż wszyscy wejdą, poza tym metro i tak jest mocno upchane. Ludzie jeszcze zanim niektórzy wyjdą, próbują wejść, wcale im się nie dziwie.
dsc07120-copy
W Mexico City jest podobno jeden z największych placów miejskich na świecie- Zócalo. Był podczas mojej wizyty odgrodzony barierkami, więc po całym nie dało się pochodzić.
dsc07125-copy
Miałem jeszcze całkiem sporo czasu, więc spacerowałem po bardziej reprezentacyjnych ulicach miasta. Nadal policję i inne służby łatwo było zauważyć. Gdybym miał okazję wybrać się tu jeszcze raz, to chyba bym nie skorzystał. No może bezpośrednio do Cancun:)
dsc07126-copy
Nadszedł czas pożegnania z tym kontynentem. Na lotnisku jeszcze się zdrzemnąłem, zmieniłem nawet miejsce w samolocie przy ponownej odprawie. Po wejściu na pokład spostrzegłem że się udało, miałem miejsce obok wolne, także kolejne dwa filmy, kolacja, śniadanie i drzemka były nieco bardziej komfortowe. Na kurczaka się jednak już nie załapałem 🙂
dsc07121-copy
Wydaje mi się że wspomniałem o wszystkim co chciałem. Udało się powrócić szczęśliwie. Bagaż dotarł cały i zdrowy, plecak dał radę, tylko trochę się pobrudził i zamoczył, ale to już u nas w stolicy. Całkowity koszt podróży to 2,4 tys zł. Przeloty, zakwaterowanie, bilety na komunikację, wyżywienie, ubezpieczenie, pamiątki, przywieziony rum 🙂 Jak zawsze zaoszczędziłem na jedzeniu, nie stołowałem się w restauracjach, bo nie potrzebuje takich rzeczy, poza tym moje aktywne zwiedzanie nie pozwala mi na myślenie o jedzeniu. Kwestia jeszcze dotarcia do Amsterdamu, miałem o tym wspomnieć. Postawiłem z wygody na bezpośredni lot LOT’em, za 400 zł, plus bagaż rejestrowany na powrót- 80 zł. Myślę że wyszło bardzo tanio.
Czy to była podróż życia? Z pewnością nie. Nie chodzi o to że nie jestem zadowolony, wręcz przeciwnie, wiem jednak że przełamałem kolejną barierę i to dopiero początek.

0 Comments

Leave Your Reply