instagram

Bari

Zdjęcie wyróżniające pochodzi z innego miasta, więc tytuł wpisu powinien brzmieć nieco inaczej, lecz niech już tak zostanie. Przy okazji większego zakupu biletów dosyć dawno temu, zwróciłem uwagę na ten kierunek. Niestety tak jak w przypadku poprzedniego nie przemyślałem do końca sprawy, ale nie demonizujmy, okolice 15 stopni Celsjusza w marcu to całkiem nieźle 🙂 Niestety przed wyjazdem dni dwa, przeziębiłem się. Tak delikatnie. Na początek gardło, które udało mi się szybko zbić cukierkami i innymi tabletkami, dlatego już w czasie pobytu we Włoszech nie doskwierało mi zbytnio, potem mały katar, który przy ciągłym chodzeniu i zwiedzaniu również nie był jakiś uciążliwy. Nie brałem również żadnych leków, tylko witaminę C dużo i Rutinoscorbin, więc nie zamuliło mnie i okazało się że w dzień wyjazdu nic mi już praktycznie nie doskwierało. No to zaczynajmy…

Do Bari przyleciałem po południu. Lotnisko blisko, komunikacja miejska tania, inne sposoby dotarcia również. Miasto nie jest duże, geometryczny układ ulic centralnej części ułatwia orientację na mapie, a sama stara część jest też łatwo do szybkiego obejścia i obejrzenia.
dsc06180-copy
Nie łaziłem zbyt długo, bo generalnie to nie ma gdzie. Powoli zapadał zmrok, więc tylko się co nieco rozejrzałem i udałem  zostawić bagaż. Luigi szybko mi pokazał pokój i mieszkanie, nie byłem zbyt zmęczony, więc wybrałem się na bardziej dokładniejszą penetrację zakamarków Bari. Tym razem nie popełniłem poprzednich błędów. Na dwa kolejne dni zaplanowałem wypady poza miasto, bowiem w okolicy jest co zobaczyć, więc tu zostawały mi same wieczory i dzień odlotu.  Do głowy przyszedł mi pomysł uczestniczenia we mszy, bowiem za granicą nigdy na takowej nie byłem, a niedziela stanowiła dodatkowy powód. Na starówce w Bari jest parę kościołów, w tym jeden dosyć ważny i zabytkowy: Bazylika św. Mikołaja. Znajdują się w niej relikwie owego świętego. Byłem w niej już wcześniej z plecakiem, a że zbliżała się już punkt 19 wstąpiłem do katedry San Sabino. Wszystko było oczywiście po włosku, ale uznałem to za ciekawe doświadczenie. Zmarzłem tylko trochę.
dsc06190-copy
Zjadłem jeszcze coś w rodzaju włoskiego street-foodu, kwadratowy kukurydziany placek smażony w głębokim oleju. Smakował jak popcorn, tylko był również taki wodno-tłusty. Oczywiście nie jeden, pani w porcji zapakowała więcej, nic nie mogło się zmarnować, zjadłem osiem 🙂
Kolejny dzień to taki ‚must see’ okolic, czyli Matera. Miasteczko w którym każdy przewodnik śpiewa, że kręcono tam ‚Pasję’ Gibsona. Rzeczywiście widok jest powalający, zwłaszcza przy dobrej pogodzie. Stara część miasta wydrążona w skale wygląda niesamowicie.
dsc06195-copy
Poranek był przejrzysty, potem się trochę zachmurzyło, ale później i tak słonce zwyciężyło. Niesamowite, jak światło i białe chmury wpływają na jakość zdjęć, jak ja ich niecierpię… We Włoszech trawa miała już fajny zielony kolor, niektóre rośliny nawet kwitły, lecz sporadycznie. Mimo wszystko fajna odmiana od naszej aury.
dsc06193-copy
Po krótkim zwiedzaniu chciałem dostać się do wąwozu o którym wcześniej czytałem. Widać go już z północno-wschodniego krańca miasta, ale ja chciałem przejść przez most i trochę powędrować po łonie natury. Trzeba było udać się bardziej na południe. Udało się. Płynie tam również rzeka, miała być rwąca, jednak nie tak to sobie wyobrażałem…
dsc06204-copy
Jak już pisałem, od wschodu miasto ograniczone jest wąwozem. Jest wytyczona ścieżka, lecz trzeba było uważać, bowiem jest wiele luźnych kamieni, a czasem trzeba się podeprzeć. Szlak się rozwidla na różne strony, ale generalnie ludzie idą na drugą stronę i oglądają groty, bodajże o religijno-ascetycznym charakterze. A może dawne miejsca modlitewne…, nie znalazłem za wiele informacji.
dsc06197-copy
W każdym razie był to mój pierwszy dzień i strasznie wiało, do tego nieraz miałem ochotę zdjąć bluzę, a czasami były takie podmuchy, że chciałem się gdzieś schować; więc jakoś nie specjalnie przejąłem się tym co właśnie zwiedzam. Po prostu brnąłem dalej.
dsc06220-copy
Znalazłem takie ciekawe miejsce, z którego widać było w oddali dolinę jak na zdjęciu powyżej.
dsc06221-copy
Z drugiej strony jak widzicie, Matera, również nieźle się prezentowała.
W prawie każdym wyjeździe staram się uwiecznić na zdjęciu również siebie, do tej pory na blogu nie zamieszczałem takich fotografii, tym razem jednak zrobię wyjątek.
dsc06208-copy
Żarty żartami, ale żeby nie było, to nie reklama butów:)
Po obejściu wszystkich ścieżek które wydały mi się ciekawsze, udałem się jeszcze trochę w górę rzeki. Spotkałem parę jaszczurek, w tym jedną dosyć dziwną, poparadowałem trochę w podkoszulku, ponieważ tu wiosenne ciepełko nie było rozwiewane na wszystkie strony i udałem się w drogę powrotną.
dsc06229-copy
Zwiedzania Matery ciąg dalszy. Jest to ogólnie taki pagórek i wszystko wokół niego jest zabudowane. Miasto wygląda na prawdę, jakbyśmy się cofnęli o parę set lat.
dsc06243-copy
Co ciekawe, na samym szczycie jest skała. Groteskowo to wygląda.
dsc06239-copy
Zmęczyłem się nieco, raz trzeba wchodzić, a raz schodzić, cóż, uroki takich miejsc.
dsc06236-copy
dsc06238-copy
Około 15 odwiedziłem jeszcze miasteczko o wdzięcznej nazwie ‚Altamura’, które to podobno słynie z chleba, którego smak zapewne jest niepowtarzalny, i ma nawet zarejestrowane pochodzenie oraz pewnie jakiś regionalny certryfikat, ale niestety była sjesta i nawet markety były pozamykane… Nie będę jednak tego żałował, chleb to mąka plus woda, więc nie dla mnie takie bajeczki 🙂
Jestem jeszcze winny małe wyjaśnienie, podróżowałem pociągami. Zaplanowałem to mniej więcej tak, aby dojechać do głównego celu najpierw, a drogę powrotną zostawić na coś mniej interesującego. Niestety tak jak pierwszego, kolejnego dnia nie wyszło.
Tego wieczoru zwiedzałem jeszcze Bari, trochę wolniej, trochę dokładniej, stare miasto, a potem nowocześniejsze centrum. W nocy obudziła mnie burza z piorunami i silnie dmący w szybę wiatr. Ranek okazał się na szczęście słoneczny. Mój plan na najbliższe godziny to Alberobello. Miejscowość znana a małych białych domków ‚Trulli’.
dsc06282-copy
Coś wspaniałego, jakby wioska jakiegoś nieznanego ludu egzotycznego, lub specjalnie zbudowana atrakcja, dzieło bajkowego architekta. Tu jednak po prostu mieszkają ludzie. Te na głównej ulicy to od frontu w większości sklepy z pamiątkami, inne w głębi i w mniejszych uliczkach z pewnością zamieszkane, posiadające ślady bytności człowieka. Nawet problem ogródka został rozwiązany.
dsc06284-copy
Nie zajmują dużego terenu, także jest to bardzo skoncentrowana atrakcja. Ten typ budowli występuje pojedynczo w okolicach i w innej części miasta, ale tu razem wyglądają niesamowicie.
dsc06301-copy
Miałem kłopot z dojściem tu, ponieważ od dworca poszedłem zgodnie z tabliczką informującą o strefie Trulli, i zatoczyłem niesamowite i bezsensowne koło, w stosunku do tej trasy którą wracałem, czyli prosto przez miasto od wyjścia z pociągu…Macie tu jeszcze parę zdjęć na szybko, tak aby zakiełkowało wam w głowach marzenie odwiedzenia Bari i Aquili, czyli włoskiej Puglii.
dsc06285-copy
dsc06293-copy
dsc06296-copy
Tego dnia chciałem jeszcze odwiedzić małą nadmorską miejscowość ‚Polignano a Mare’, miałem jednak kłopot jak się do niej dostać, nie chciałem cofać się do Bari i dalej znowu pociągiem, chciałem na skróty. Obrałem więc kierunek na Castellana Grotte, małą mieścinę przy linii kolejowej, znaną ze zjawiskowych jaskiń, połaziłem trochę po okolicach dworca i spotkałem dziadka który zaprowadził mnie na przystanek autobusowy, do mojej kolejnej destynacji! Starszy Pan nie mówił po angielsku, ale dogadaliśmy się na migi, przy pomocy paru słów i nazw miejscowości 🙂 Miałem jeszcze godzinę ponad czasu, więc ją wykorzystałem. Potem podjechał autobus. Bilet miałem kupić u kierowcy. Haha, niestety opatrzność spłatała mi figla, najpierw niespodziewana pomoc, bowiem spotkałem dziadka gdy chciałem otworzyć drzwi na stacji kolejowej w czasie sjesty, do tego też wisiała na nich jakaś kartka z włoskim dłuższym tekstem, za to później, kierowca autobusu, który oznajmił mi że biletów nie sprzedaje…
Wróciłem na pociąg, właśnie uciekł, automat tylko na bilon, ja mam same banknoty, kolejna godzina do tyłu. Zatem wizyta w supermarkecie, dobrze że wiedziałem gdzie jest, kupiłem picie, pieniądze rozmieniłem. Zakupy są dobre na wszystko 🙂
Skulony i wkurzony, ale tylko trochę, wróciłem na wieczór do Bari, chciałem kontynuować wieczorne zwiedzanie, lecz złapała mnie ulewa.
dsc06331-copy
Zdjęcie wyżej jest kwintesencją włoskości. Nie wiem czy jest taki wyraz, ale fajnie brzmi. Stare autko, mały fiat, poobijane inne małe samochody, pranie na balkonie, kościół w tle, bruk pod stopami, donice z roślinami, skuter stary, skuter nowy, rower i codzienne zwykłe odgłosy dobiegające z okien. Klimatyzatorów nie udało mi się wykadrować 🙂
dsc06340-copy
Rano w dniu odlotu było pochmurno ale nie padało. Nie pamiętam też, abym odczuwał kiedykolwiek taki wiatr, jak po północnej stronie miasta. W pewnym momencie nie mogłem iść do przodu. Wróćmy jednak do środka. Bari w dzień wydało mi się zupełnie odmienne od tego oglądanego wieczorami. Nie mam pojęcia skąd to wrażenie, może po prostu trafiłem na inny fragment starówki. Ogarnęło mnie podobne uczucie jak na Majorce, nie chciało mi się za bardzo wracać. To dziwne, bo zawsze z utęsknieniem już po skończonych dniach zwiedzania, oczekuję powrotu do Polski.
dsc06349-copy
Przystanąłem chwilę w pewnym momencie, potem podniosłem wzrok i zobaczyłem radiowóz. Pomyślałem że blokuje drogę, policjant wychylił się na chwilę i wskazał mi kierunek, powiedział: ‚characteristic place’. Uśmiechnąłem się i podziękowałem. Tym miejscem okazał się plac z porozwieszanymi na balkonach sznurami z podlewaczkami do kwiatów, i z osłonami na pranie w jednolite wzory. Tu mokrych rzeczy się nie chowa jak się już wywiesi. Gdy ma padać, osłania się zwykłą folią, albo taką bardziej specjalną. Tak jak widać:
dsc06352-copy
Zostało mi jeszcze 2-3 godziny, więc odwiedziłem miejski bulwar przy wybrzeżu, opatulony jak najcieplej. Nic specjalnego, po prostu chciałem się czymś zająć, aby nie czekać na autobus bezproduktywnie.
dsc06357-copy
To już koniec, szybko poszło. Szkoda że nie było cieplej. Z drugiej strony zapowiadali dużo deszczu, a padało tylko w nocy i raz wieczorem, mi on praktycznie nie przeszkodził wcale. Bari to dość fajne miasto, jednak jego siła to okolice. Zobaczyłem naprawdę mało, jest to bowiem bardzo ciekawy region. Pociągami można dostać się praktycznie wszędzie, jednak znowu wypożyczenie samochodu to lepsze wyjście.
O imigrantach. Piszą że trochę jest, ja jednak ich za dużo nie zobaczyłem. Większość to pewnie dawni przybysze, albo jakieś naleciałości rasowe sprzed kilkunastu lat, a tych aktualnych jest dosyć mało, głównie czarnoskórych z Afryki. Bari leży po drugiej stronie Włoch, nad Adriatykiem, więc naturalnie stanowią niewielki procent społeczeństwa. Najwięcej można ich spotkać na głównym placu miasta ‚Piazza Aldo Moro’ i w parku obok. Co mnie mile zaskoczyło, prawdopodobnie non-stop, w nocy nie sprawdzałem, rezyduje tam wóz wojskowy i paru ludzi, ze specjalnej jednostki do tego przeznaczonej, nie jakieś zwykłe chuchra. Widziałem też takie patrole również w innych częściach miasta, nie wiem czy na stałe. Czułem się bezpieczny. Oczywiście gdy było już ciemno nie zapuszczałem się w podejrzane zaułki, ale coś złego może nas przecież spotkać w każdym dowolnym mieście.
dsc06336-copy
Podsumowanie kosztów. Wyjazd to 550 złotych około, trochę wydałem na pociągi, gdyby nie to, samo siedzenie i zwiedzanie Bari zamknęło by się pewnie w niecałych 5 stówkach 🙂 Jednak nie było by z pewnością co tam tyle czasu robić.
O jedzeniu, jakoś zbytnio głodny nie byłem, na innych blogach i forach można poczytać o tutejszych specjałach i ulicznym jedzeniu, na uwagę z mojej strony zasługuje wspomnienie faktu znalezienia na brzegu starego miasta w dość odludnej uliczce małego sklepiku z focaccią- taką podstawowa pizzą z pomidorami, oliwkami i ziołami, orazCalzone di Cipolla’, czyli takiej tarty z farszem, między innymi cebulowym, również serwowanej w kawałkach, lub na wagę, mniam 🙂

0 Comments

Leave Your Reply