instagram

Malta. W poszukiwaniu ciepła

Po trochę dłuższej przerwie znów wyruszyłem. Tym razem za cel obrałem sobie maleńką wyspę na morzu śródziemnym, zwaną Maltą. Po zakupie biletów, skonfrontowałem swoją wiedzę geograficzną z mapą i zdałem sobie sprawę, że będę całkiem blisko Tunezji… Jest to również mój najdalszy lot na południe kontynentu, bliżej równika mam jeszcze w planach tylko Cypr, oraz Kretę. Wybór jednak nie był taki całkiem przypadkowy bowiem znając mniej-więcej przybliżony termin (jesień), chciałem po prostu się wygrzać i wykąpać w morzu w znośnych warunkach. Na razie powiem tyle, że się udało 🙂
A co tam, zdradzę więcej, było rewelacyjnie!!!

Wylot całkiem niedawno, bo 23 października, u nas musiałem się dosyć ciepło ubrać, ale postawiłem na ciuchy rowerowe, cienkie, dobrze grzejące, aby potem nie zajęły zbyt dużo miejsca w plecaku. Bilet kupiłem jakieś 3 miesiące wcześniej, prognozę pogody sprawdzałem ze zwiększającą się częstotliwością im bliżej wyjazdu 🙂 Spokojna niedziela, autobus na Okęcie, spojrzenie na rozkład lotów, tak, tam gdzie się wybieram temperatura była najwyższa, 25-26 stopni. Momentalnie przestałem się martwić jak to zwykle ze mną bywa, pojawia się u mnie bowiem mała depresja przedwylotowa, ale znika najczęściej już po kontroli na lotnisku…
Lot okazał się jednak opóźniony, a byłem umówiony u swojego gospodarza na 23, do tego z lotniska wybrałem się pieszo, z narysowanym na szybko schematem dojścia i jednym screenem mapy na komórce. Na Malcie również w nocy jest bardzo ciepło, tylko 2-3 stopnie mniej, więc nawet w samym podkoszulku się trochę spociłem, miałem jeszcze długie spodnie, a nie chciałem tracić czasu na przebieranie się, do przejścia bowiem tylko około 3 km. Po dwóch małych zagubieniach drogi dotarłem na południowy skrawek miejscowości o wdzięcznej nazwie Żurrieq, podobno dosyć starej i spokojnej. Dzienny widok przedstawia się następująco, ot pierwsze lepsze skrzyżowanie w najzwyklejszym mieście na wyspie:
DSC05611 (Copy)
Ja jednak przywędrowałem do swojego hosta późnym wieczorem, już prawie u celu usłyszałem z góry ostrzegawcze szczekanie, okazało się że na dachu jednego piętrowego budynku przy ulicy biegały sobie dwa charty. Nieco się przestraszyłem bo było je widać, nie były one jednak nawykłe do skakania, więc po kilku zakrętach byłem już u siebie, tzn. u Luka, gospodarza z Airbnb. Udało mi się jeszcze przed północą. Dodam jeszcze że było to najpiękniej urządzone, oraz najładniej pachnące mieszkanie w jakim do tej pory byłem, z pewnością lepsze niż wiele x-gwiazdkowych hoteli, łatwo je znaleźć w serwisie, cena niska i lokalizacja również nietypowa, za to blisko lotniska.
Luke na szybko mnie oprowadził, nie był zbyt zadowolony że jestem tak późno, również jak mu powiedziałem że przyszedłem sobie spacerkiem, to jego mina przyprawiła mnie o zakłopotanie…, tam wszyscy jeżdżą samochodami, rowerów się praktycznie nie widzi, o tym później. Więcej kolesia nie widziałem, natomiast następnego dnia z rana rozmawiałem z jego tatą, a kolejnego z mamą. Uroki wynajmowania pokoi… Potwierdzili moje plany na kolejne dni i podali kilka przydatnych wskazówek.
Szybki prysznic w wannie, z jednoczesnym uważaniem aby nie spadła z niego ozdobna waza, potem od razu do łóżka, no może nie tak szybko, bo miałem problem z pościelą i paroma warstwami zdobionych kocyków, wałkiem i poduszeczkami 🙂
DSC05614 (Copy)
Moja lektorka angielskiego na studiach często mawiała, że my Polacy mamy manię budowania ogrodzeń i bram, nie to co postępowi amerykanie, małe białe płotki, albo wcale. No tak, tyle że oni mogą sobie w domku trzymać colta, glocka, czy poczciwą strzelbę. A w krajach śródziemnomorskich jak zawsze- wielkie murowane ogrodzenia, szpary nie uświadczysz, podwórkiem oka nie nacieszysz. Nie jesteśmy zatem wcale tacy dziwni.
Co do tych ogrodzeń, to chyba już taki standard na południu Europy, na przedmieściach i w dzielnicach prawie willowych ludzie cenią sobie prywatność na małym skrawku posiadanego terenu.
DSC05626 (Copy)
Na trasie mojego autobusu do Valetty, stolicy wyspy, znajdował się dość duży Lidl, więc problem podstawowych potrzeb ludzkich miałem załatwiony. Bilety na Malcie poza sezonem kosztują 1,5 Euro, całkiem przyzwoicie, można się na nich również przesiadać, bowiem starczają na 2 godziny jazdy. Pierwszy dzień zaplanowałem sobie dosyć spokojnie, łażenie i zwiedzanie, zacząłem od Valetty, gdzie mieścił się dworzec autobusowy. Generalnie  jest to jeden wielki zespół miejski, tak jakby dzielnice są miastami, a przedmieścia to już druga część wyspy:) Nie jest jednak łatwo zwiedzić wszystko, bo ulice są dosyć poplątane, a także często pagórkowate. Oczywiście wszędzie staro, wąsko, klimatycznie…
DSC05637 (Copy)
Jako że jesteśmy na wyspie, a nawet na półwyspie, nie da się nie natknąć na port, jest wszędzie. Najstarsza i właściwa część miasta znajduje się między dwiema zatokami, i jest obwarowana. W przeszłości z uwagi na swoją lokalizację, wyspa często przechodziła z rąk do rąk, więc fortyfikacje są jak najbardziej na miejscu. Więcej do samodzielnego wyszukania, bo na historii jak wiadomo za bardzo się nie skupiałem…
DSC05631 (Copy)
Calutki dzień spędziłem na chodzeniu po okolicach, trzymałem się jak najbliżej morza, a skierowałem się na zachód, w stronę Sliemy. Plaż na Malcie uświadczysz podróżniku drogi dosyć mało, większość wybrzeża to mniej lub bardziej dostępne skały.
DSC05652 (Copy)
Natrafiłem na schodki prowadzące do wody, gdzie można było spokojnie spacerować po wyżłobionej skale. W pewnym miejscu nawet stworzył się zamknięty naturalnie basen, w którym można było się popluskać:
DSC05677 (Copy)
Oczywiście jak nie głazy i kamienie, to sztuczna twórczość człowieka- porty. Lubię spacerować po nadbrzeżach i widok łódek oraz jachtów pozytywnie mnie nastraja. Im dalej szedłem, tym robiło się przyjemniej dla oka.
DSC05666 (Copy)
DSC05680 (Copy)
Obrałem sobie za cel miasto/gminę San Gilian, na której terenie znajdują się dwa większe kasyna, znane między innymi z turniejów pokerowych, ale gdy zostało mi już jakieś 500 metrów zrezygnowałem… Widziałem zdjęcia w internecie, nie po to tu przyjechałem, zresztą ile można 🙂 Poza tym robiło się powoli ciemno, a ja chciałem spokojnie przejść inną drogą. Wspomagając się już mapą, wróciłem w nadspodziewanie szybkim tempie do centrum Valetty, i trochę się po niej jeszcze pokręciłem.
DSC05639 (Copy)
Ciasne uliczki, wszystko wybrukowane, pranie wiszące nad głowami to dla mnie kwintesencja tych miejsc do których się przeważnie wybieram. Również nieodłącznym elementem budownictwa są często widywane przydomowe, albo jak na zdjęciu poniżej narożne kapliczki. Wszakże Malta to kraj bardzo katolicki, i ludzie dbają o te małe miejsca kultu, jest ich naprawdę wiele. Czasem zwykły obrazek, gdzieniegdzie sama rzeźba, przedstawiają zapewne patronów domostw i świętych.
DSC05635 (Copy)
Nawet na dalszych obrzeżach niektóre mniejsze ulice nie posiadają numerów domów, tylko nazwy. Nie wiem na jakiej zasadzie to funkcjonuje, ale chyba każdy wybiera sobie jaką chce, również te nawiązujące do tradycji chrześcijańskiej. Reszta terminologii związana jest z kulturą morską, nazwami nieco dalszych zakątków geograficznych, albo po prostu określeniami o patetycznym wydźwięku. Można popuścić wodze wyobraźni. Teraz żałuję że nie spisałem sobie kilka co ciekawszych…
DSC05753 (Copy)
Powyższe zdjęcie to już inna miejscowość, ale doskonale obrazuje wcześniej napisany akapit. Warto również wspomnieć o charakterystycznych tabliczkach z nazwami ulic oraz numerami domów, bardzo mi się podobają, mam w planach sobie jakieś takie fikuśne cyferki kiedyś zafundować. Podczas polskiej szarej i zimnej pory pewnie będą wydawały się dziwne, ale to tylko kwestia przyzwyczajenia.
Natrafiłem na sklep z takimi akcesoriami, więc wszystko mam na jednym zdjęciu 🙂
DSC05649 (Copy)
Podczas moich długich wędrówek nie dało się nie zauważyć wszędobylskich kotów. Może były ważnym elementem na statkach przypływających na ten skrawek lądu pośród morza, a może to jakieś zakorzenienie kulturalne, nie jestem w stanie powiedzieć (i tu wychodzi na jaw moja ignorancja we wcześniejszym rekonesansie miejsca do którego się wybieram, kupuję po prostu bilet, mapę i jazda :)) Wiem jednak że ludziom bardzo się kotki nadal podobają i często można spotkać domki, ba, nawet całe osiedla domków, stawianych jak u nas na podwórkach psom, tak tu tym drugim towarzyszom człowieka. Miseczki do dokarmiania, stare kołdry, ubrania… koty mają tam raj na ziemi.
DSC05664 (Copy)
Na koniec pierwszego dnia wróciłem w jeszcze jedno miejsce, do ogrodów Barrakka. Istnieją niższe i wyższe, mi podobały się te pierwsze bardziej, taka chwila odpoczynku od zgiełku turystów w centrum. Jest tam również pomnik à la świątynia ‚Monument to Sir Alexander Ball’. A wróciłem tam wieczorem, ponieważ przy niektórych krzewach, kwiatach, pachniało nieziemsko. Nie wiem czy to oleandry, czy coś zgoła zupełnie innego, ale zapach wprowadzał nas w atmosferę zakończenia upalnego dnia na pustyni, gdzie chłodny wiatr przynosi naszym nozdrzom ciężki i mdlący aromat kwiatów.
DSC05646 (Copy)
Dosyć długo myślałem co robić dnia drugiego, aby go jak najefektywniej wykorzystać. Część pierwsza nie nastręczała mi zbyt wielkich trudności, bowiem chciałem zwiedzić jedno z najstarszych miast na wyspie. Nie wiedziałem jednak co robić później, ale jakoś się udało, posłuchajcie.
DSC05690 (Copy)
Autobus zabrał mnie do Mdiny, dawnej stolicy Malty położonej na wzgórzu. Z kilku jej miejsc możemy podziwiać zapierającą dech w piersiach panoramę, ale warto również skupić się na wnętrzu miasta. Jak to dla mnie: cicho i spokojnie. Oczywiście jeśli by wyłączyć z tej wizji resztę turystów 🙂
DSC05696 (Copy)
W mieście  znajdują się informacje, które pouczają, aby zachowywać się w miarę spokojnie, bowiem w tych starodawnych murach zamieszkują po prostu zwykli obywatele…
DSC05702 (Copy)
Cały teren zwiedza się bardzo szybko i intuicyjnie. Ja po nasyceniu się widokami skierowałem się na południe w stronę Rabatu. Im dalej tym bardziej nowocześnie, ale warto się pokręcić. Niezły klimat.
DSC05713 (Copy)
Reszta tego słonecznego dnia to wyprawa do klifów Dingli. Ale wcześniej o pogodzie. Czemu? Myślałem że po częstym przebywaniu na słońcu, podczas pięknego polskiego lata, moja skóra będzie przyzwyczajona do promieni i da sobie radę, jednak byłem w błędzie. Niemiłosiernie się spaliłem na twarzy, nos i czoło na czerwono, nie wziąłem jak zawsze żadnego kremu z większym faktorem. Jak pamiętacie również, dostałem parę wskazówek od rodziców Luka, i jedną z nich była rada jego mamy, aby używać chociaż jakiegoś nakrycia głowy. Odpowiedziałem że mam łatwą do opalania karnację i pewnie dałbym sobie radę, gdyby nie to, że pierwszego dnia na niebie pojawiały się półprzeźroczyste chmury, a następnego wędrowałem już od rana do wieczora bez żadnej ochrony przy pełnej ekspozycji. Nawet dla mnie to już za dużo…
DSC05721 (Copy)
Wybrałem sobie również bardziej wymagającą ścieżkę, wiodącą przez pola i zadupia, a nie jak normalny turysta bezpośredni autobus asfaltówką. Nie żałuję jednak. Poznałem charakterystyczny klimat wnętrza wyspy, z jej dziwną kamienistą glebą, raczej mało żyzną, wieloma sukulentami, oraz z mnogością płotków i ogrodzeń ułożonych z kamieni. Żywej duszy nie minąłem, czasem tylko z oddali kogoś dostrzegałem. Mimo późnej jesiennej pory, na niektórych poletkach rosły młode sadzonki. Widziałem ziemniaki, pomidory i inne nierozpoznane warzywa.
DSC05722 (Copy)
Bardzo ciekawy krajobraz. Pokusiłem się o małe zobrazowanie na mapie mojej wędrówki: https://ridewithgps.com/routes/17643652

DSC05732 (Copy)
Udało mi się w końcu dotrzeć do wybrzeża, niespodzianki nie było, skały oczywiście, ale za to jakie wielkie. Usiadłem trochę na ławeczce, potem w ciekawszych miejscach podchodziłem do krawędzi by podziwiać widoki.
DSC05737 (Copy)
Widokową ulicą szedłem dalej, aż postanowiłem skierować się w drogę powrotną. W lepszych butach, może trochę wcześniej, zdecydowałbym się wrócić całkiem pieszo wybrzeżem do Żurrieq, i przy okazji do Blue Grotto. Nie chciałem jednak za bardzo kombinować, zwłaszcza że podróżowałem sam. Daleko nie było, bowiem nie licząc łażenia po mieście i Mdinie, trasa to równe 10 km jak możecie sami zauważyć. Po drodze parę fajnych miejsc na pewno bym napotkał. A wczesniej? Mijałem ogromną ‚fabrykę marmurów’, tyle kamieni i płyt to już chyba nigdy nie zobaczę, zapuściłem się też do wejścia do jakiegoś ogrodu, ale że było stromo serpentynami w dół, i niezbyt mi się podobała perspektywa późniejszego powrotu, to zrezygnowałem. Poza tym zwykłe pola…
DSC05744 (Copy)
W czasie drogi zorganizowałem sobie również małą pamiątkę. Widywałem tu często takie kwiatki, zwane u nas dziwaczkiem, a że w moim ogródku nie posiadałem ich w żółtym kolorze, to pozbierałem sobie nieco dojrzałych już nasionek, ciągle myśląc czy nie będzie z tego jakiejś hecy na lotnisku, ale było ok. Teraz tylko czekam na wiosnę, aby wysiać tu w Rykach maltańskie roślinki. Przynajmniej nie będą się kurzyły, jak magnesy na lodówkę, albo inne pierdoły, kupowane i często potem zapominane i wyrzucane…
DSC05761 (Copy)
Następnie: powrót do Mdiny, chwila znów na poszwędanie się, autobus do Valetty, kolejny do Żurriequ, wysiadka przy Lidlu i małe piesze zwiedzanie miasta. W sumie nic ciekawego. Odszukałem się na mapie i wyruszyłem do Blue Grotto…
DSC05762 (Copy)
Droga którą przemierzałem była chyba jedną z ulubionych, dla osób uprawiających sport. Dopiero tu zauważyłem jakichkolwiek biegaczy. Nic dziwnego, było już prawie po zachodzie słońca, a chodnik był bardzo szeroki jak na maltańskie standardy. W innych miejscach jest z tym bardzo ciężko, czasem przechodzi tylko jedna osoba i trzeba się powoli mijać. Ruch lewostronny nie zachęca do chodzenia po ulicy, choć ja często tak robiłem, a przechodząc przez jezdnię, zwłaszcza blisko skrzyżowań, obracałem głową w prawo i w lewo, co najmniej dwa razy więcej niż uczyli w przedszkolu…
DSC05770 (Copy)
Blue Grotto to takie jaskinie do których wpływa się motorówką, bądź podobnym środkiem transportu. Ja podziwiałem je tylko z zewnątrz. Już taki widok potrafi zrobić wrażenie.
DSC05767 (Copy)

Postanowiłem zejść jeszcze niżej, do miejsc gdzie wyruszają kursy wycieczkowe. Bardzo fajne miejsce do wieczornego wypoczynku. Przy bezchmurnej pogodzie widok musi być niesamowity. Mi nie udało się trafić na idealny zachód słońca, ale ulokowałem się na mały odpoczynek na skałkach, gdzie niżej było również paru wędkarzy. Przy tej okazji spróbowałem lokalnego piwa o nazwie ‚Cisk’. Co by o nim powiedzieć, hmm, już zwykły żubr jest dwa razy lepszy. Podobne opinie zbiera ów napój na polskich forach i stronach o Malcie…
DSC05850 (Copy)
Po kilkunastu minutach zaczęło się ściemniać. Zauważyłem, że zostałem otoczony przez koty. Było ich kilka, chodziły sobie swobodnie wokół, pewnie przejmowały ostatnie resztki ciepła od nagrzanych słońcem skał. Takim akcentem zakończyłem dzień drugi. Wracając przyjrzałem się na szybko niebu. Jako że byłem bliżej równika, mogłem zobaczyć już całą konstelacją strzelca, której w Polsce uświadczymy tylko fragment. Nie przygotowałem się wcześniej, bo może wypatrzyłbym coś jeszcze. Przy następnej okazji już nie zapomnę.
DSC05775 (Copy)
Ostatni dzień to upragniona plaża. Nie wiedziałem czy zdążę jakąkolwiek odwiedzić, bowiem te lepsze znajdują się w drugiej części wyspy, a autobusy potrafią 10 km pokonywać nawet w godzinę, lecz zaliczywszy już groty i klify, wiedziałem że dam radę. Wybrałem piaskowe ‚Ghajn Tuffieha’. Łatwy dojazd i trzy małe plaże blisko siebie. Był to strzał w dziesiątkę.
DSC05780 (Copy)
Pierwsza ‚Golden Bay Beach’ była najbardziej zatłoczona. Nic dziwnego, łatwy dojazd, tu autobus miejski wysadzał ludzi, jak również istniał parking, a w oddali znajdował się duży hotel. Pozwoliłem sobie na zamoczenie nóg. Woda rewelacja, cieplejsza niż kiedykolwiek nad Bałtykiem. Prawie sam piasek, tylko lekkie falowanie, pełne słońce. Długo jednak nie zagrzałem miejsca, ponieważ  byłem żądny dalszych odkryć.
DSC05783 (Copy)
Wyruszyłem terenową ścieżką do drugiej. Najpierw trzeba było się nieco wspiąć, kawałek drogi po wzgórzu, potem obok opuszczonego budynku i jesteśmy. Dotarłem dosyć szybko. Tu już jednak nie wytrzymałem i cały wszedłem do wody na klika minut. Wielkość porównywalna do złotej plaży, ale o wiele kameralniej. Owszem da się tu też dojechać, ale samochód zostawiamy nieco wcześniej, schodzimy po schodkach i możemy oddawać się błogiemu lenistwu. Jest płytko na dosyć długim odcinku, a pod stopami nie ma nic niepokojącego.
DSC05794 (Copy)
Kilka minut w wodzie i ruszam dalej. W kolejce czeka plaża w zatoczce o wdzięcznej nazwie ‚Gnejna Bay’. Sprawa się jednak komplikuje. Nie wiem czy moje sandały podołają, ale idę. Należy się nieco wspiąć i ukazuje nam się olśniewający widok. W dole malutki zakątek dla outsiderów, jedna panna opalająca się topless i wysmarowana specyficzną glinką. Nie schodziłem, bowiem dojście nie było łatwe, a potem należało wspiąć się spowrotem. Dodam jeszcze, że na Malcie opalanie się nago nie jest mile widziane. Było to bardzo strome zejście, poprzez wyżłobione rynny, w popielistym piasku. Wyglądało tak:
DSC05797 (Copy)
Ruszyłem zatem na obchód wystającej na cyplu skały. Nie wiedziałem że wiedzie tamtędy ścieżka, ale zwabiła mnie czerwona kropka, potem kolejna. Szlak był cały oznaczony tymi punktami i uwierzcie mi, że w środku można by było się zgubić… Udało mi się ją spokojnie obejść. Świetny etap wycieczki.
DSC05839 (Copy)
Lepiej nie schodzić z wyznaczonej trasy, bowiem na zdjęciu wcześniejszym z innej perspektywy, widać że tych ogromniastych kamieni trochę jest. Mi przypomniało się 127 godzin i byłem ostrożny…
DSC05787 (Copy)
Następie wędrowca czeka krótka, acz mordercza wspinaczka po piachu, tu właśnie sprawdzają się dobre buty. Po drodze zahaczyłem jeszcze o mały, przyjemny cypelek.
DSC05821 (Copy)
Oczywiście zszedłem, a co tam, pot się jakoś nie lał, kondycja jeszcze w normie.
DSC05812 (Copy)
Potem jest już lżej, ścieżka właściwie płaska. Szybko wyłania się ostatni punkt programu. Plaża według mojej subiektywnej opinii urodą najmniej grzesząca, za to z wieloma punktami zejścia dla nurków ze skałek, oraz z malutkimi zatoczkami w kamieniu.
DSC05816 (Copy)
Po lewej stornie ciekawie zbudowane garaże, chyba dla łódek, a wcześniej wspomniane udogodnienia dla pływających z głową pod.
DSC05830 (Copy)
DSC05829 (Copy)
Tu tylko ponurkowałem tyle, na ile miałem siły, bowiem nie posiadałem maski, a okularki również malutkie, i udałem się w podróż powrotną. To znaczy zobaczywszy co chciałem, skontrolowałem czas i ponad godzinę pływałem sobie na ‚Ghajn Tuffieha Beach’, zdecydowanie obiektywnie najlepszej plaży 🙂

Tak oto kończy się moja podróż. Samolot o 23 więc po przyjeździe miałem jeszcze sporo czasu by urządzić mały spacer po Żurriequ i ponownie udałem się do Blue Grotto, aby może dziś natrafić na perfekcyjny zachód słońca. Niestety nie udało się, pozostała mi tyko platforma wiertnicza jako obiekt do obfotografowania…
DSC05851 (Copy)
Czas na podsumowanie. Malta jest wspaniała, wrócę z pewnością na dłużej. Jest mała, ma wiele do zaoferowania, przez 8 miesięcy trwa tu pora ciepła, a w nocy jest tylko delikatnie mniej gorąco jak w ciągu dnia. Z terminem trafiłem idealnie, teraz jak piszę ten wpis jest tam jakieś 22-23 stopnie, z kąpielą mógłby być więc kłopot. Wszędzie jest bardzo blisko, jednak komunikacja miejska nie jest najlepszym pomysłem jeśli chcemy się dużo poruszać. Przystanki są bardzo częste, choć na żądanie, a trasy powikłane. Pewnie lepiej wypożyczyć auto, choć ja bym musiał się przemóc, ruch lewostronny, w miastach bardzo ciasno. I nie chodzi tu tylko o ilość samochodów i miejsc parkingowych, ale o szerokość dróg i wspomnianych wcześniej chodników. Dobrze że niektóre z nich są oddzielone łańcuchami i płotkami, lecz często jest tak, że wydzielone miejsce do chodzenia jest po prostu na jezdni, a pokazuje to jedynie namalowana ciągła linia i to po jednej ze stron drogi…
DSC05658 (Copy)
Lecz nie wymyślajmy przeciwności na siłę. Wystarczy pojechać na dłużej i się nie spieszyć. Jest dosyć tanio jak na obszar basenu morza śródziemnego. Ja za pełne 3 dni, wydałem nieco ponad 600 zł. W tej kwocie jest już wszystko. No, może poza kupionym na lotnisku likierem z opuncji…
To tyle, a już całkiem niedługo: Porto, zapraszam 🙂

0 Comments

Leave Your Reply