instagram

Cassis, Aix-en-Provence, no i Marsylia

Francja, tu jeszcze nie byłem, choć zawsze chciałem. Ciepło, morze blisko, czego chcieć więcej.
Nauczony poprzednimi doświadczeniami, na zwiedzanie miasta docelowego przeznaczyłem sobie popołudnia i wieczory, oraz kawałek dnia ostatniego. Znowu bowiem wyjazd jest krótki, są to dni czerwcowe od szóstego, do dziewiątego.
Co do lotu, w obie strony z przesiadkami, w Brukseli-Charleroi, podczas powrotu miałem przyjemność zabawić tam kilka długich godzin, ale temu poświęcę odrębny mały wpis.

Wylot z Warszawy o godzinie popołudniowej, przesiadka wieczorem na wspomnianym lotnisku, po 11 byłem już na miejscu. Załadowałem się w autobus który znalazłem pod ostatnim terminalem; z zaledwie garstką pasażerów, oraz ‚kolegami’ kierowcy wyruszyliśmy. Przyznam się że miałem trochę stracha. Z lotniska jedzie się kilkanaście minut, więc po chwili byłem na miejscu. Od razu skierowałem się do mojego gospodarza z Airbnb, trochę niestety zabłądziłem, koło północy zadzwoniłem do drzwi. Nie odpowiada… Procedurę powtórzyłem kilka razy, nawet policja po drugiej stronie ulicy jakoś baczniej mi się przyglądała. Był weekend, więc miasto tętniło życiem, ale tutaj trochę mniej. Po około 20 minutach czekania byłem już trochę przerażony. Na szczęście na wydruku z rezerwacji był telefon, więc zadzwoniłem. Thibaut odebrał szybko, okazało się że przysnął 🙂 Bardzo dziwny gość, ale spoko można pogadać było. Chwila rozmowy, ogarnięcie się, szybki prysznic i czas spać, bo jutro czeka mnie intensywny dzień. Będzie dużo zdjęć 🙂
DSC04442 (Copy)
Wstałem z samego rana, jak zawsze w takich przypadkach, pełen chęci zwiedzania. Pogoda wyjątkowo sprzyjająca, okolice 30-stki. Na pierwszy dzień zaplanowałem sobie wyprawę do Cassis, miasteczka oddalonego o jakieś 10km od Marsylii. Musiałem przejść kawałek do przystanku autobusowego, ale rezerwa czasowa była wystarczająca i wyszedł z tego spacer po jednej z głównych ulic.
DSC04444 (Copy)
Przystanek autobusowy znajdował się przy stacji metra Castellane, trzeba odejść ciut dalej w kierunku celu podróży, oczywiście po prawej stronie, na zdjęciu powyżej. Na autobus czekało już parę osób, w sumie to był on pierwszy z rana, albo drugi, nie pamiętam, rozkłady do ogarnięcia w necie, odchodziły w każdym razie jakoś co godzinę. Zaszedłem jeszcze do sklepu, oczywiście po coś do picia i zaopatrzony w to co chciałem wpakowałem się w autobus. Ciągnięty nałogami zawsze wybieram odpowiedni sklep 🙂
20150607_194052

Nadmorska trasa do Cassis wiedzie przez wyjątkowo pagórkowate i malownicze tereny. Podróż trwa jakieś 30-40 minut, w czasie których mamy okazję do podziwiania pięknych widoków, zwłaszcza po prawej stronie, a może po lewej… w każdym razie w drodze powrotnej możemy zmienić miejsce 🙂 Jest też inna możliwość dojazdu, przez Aubagne, trochę lepszą drogą, bez serpentyn, ale z oczywistych względów ta jest lepsza.
DSC04448 (Copy)DSC04451 (Copy)

Do Cassis przyciągnęły mnie śródziemnomorskie fiordy, zwane tu ‚Les Calanques’. Również sama natura miasteczka jest bardzo ciekawa: małe i urokliwe. Wysiadłem na jednym z ostatnich przystanków i ruszyłem w stronę centrum i plaży.
DSC04454 (Copy)DSC04457 (Copy)
Trafiłem na coś w rodzaju duathlonu lub thriathlonu, o którym informował mnie wcześniej gospodarz z Marsylii,  plaża jednak tylko w małym stopniu była zajęta przez tą imprezę.
DSC04464 (Copy)
Miasteczko wygląda cudnie, mały port, dużo turystów, klimat taki jak lubię. Chwilę się pokręciłem, co wszedłem w którąś uliczkę, to ta się powoli kończyła, tzn. robiła się normalniejsza i wspinała się pod górę, tak więc zawracałem znowu w stronę morza, i w taki oto sposób zwiedziłem najciekawsze zabudowania Cassis.
DSC04468 (Copy) DSC04471 (Copy)
Posiedziałem jeszcze trochę na plaży, na prawdę nie chciało mi się stąd nigdzie ruszać, ale przygoda wzywa!
DSC04462 (Copy)
Główny cel dnia dzisiejszego to zatoczki na zachód od miasteczka, wyruszam zatem w obrany kierunek. Prowadzą tam trzy równoległe uliczki, idę skrajną i wkrótce docieram do parkingu samochodowego i widocznych dalej restauracji. Musiałem się trochę tu pokręcić aby znaleźć właściwy szlak do ścieżki widokowej biegnącej samym skrajem fiordów. Okazuje się że przejście przegapiłem, mimo że było oznaczone, lecz zbagatelizowałem je, myśląc że dalej też jakoś zejdę. Po drodze takie oto wstępne widoki:
DSC04480 (Copy)

Po małym zakręceniu, znalazłem się na początku ‚Calanque de Port Miou’, wypełnionego zupełnie żaglówkami. Jest to bowiem jedna wielka przystań, ciągnąca się na całej długości zatoki. Dotarłem do jej początku, widocznego na zdjęciu poniżej na końcu i udałem się dalej, tyle że drugą stroną. Po prawej mamy bardzo wysoką ścianę skalną, a po lewej miłe widoki.
DSC04482 (Copy)

Dalsza moja trasa wiodła prawie na całej długości przy wybrzeżu, o tej lądowej części będzie dalej. Idzie się na razie po płaskim terenie, tu jest ostatnia szansa na zaopatrzenie się w wodę, co prawda nie w sklepach, które zostawiliśmy za sobą na skraju miasta, ale w jakichś turystycznych oazach.
DSC04492 (Copy)

Ja oczywiście zabrałem ze sobą jakieś litr- półtora, bowiem nie chciałem mieć zbyt dużo ciężaru na plecach, był to duży błąd.Woda skończyła mi się dość szybko, nie byłem nawet w połowie wyprawy, miałem tylko jeszcze resztki, aby małymi łykami zwilżać gardło. W sumie to dobra metoda aby czuć się dobrze w tych warunkach. Zmęczenie  z pragnienia zaczęło mi bowiem dokuczać dopiero na sam koniec, więc ogólnie rzec biorąc nie było źle. Gorsza była świadomość że nie mam tyle picia aby swobodnie zaspokajać pragnienie kiedy chcę. No dobrze, dość tych marudzeń i rozważań o wodzie, idźmy dalej.
DSC04494 (Copy)

Docieram do kolejnej zatoki. Calanque de Port-Pin posiada już plażę, malutką o brzegach z płaskimi wielkimi kamieniami na których można się wylegiwać. Dojście jak widać wymaga już wysiłku, ponieważ jakieś 200 metrów wcześniej z płaskiej szerokiej drogi wchodzimy w typowy teren, właściwie to dość wymagający.DSC04496

Moje obuwie to sandały, trochę słabo, jest dużo kamieni. Jednak wybór ten jest już sprawdzony w akcji i dają one radę, dobrze trzymają, mogę w nich wchodzić do wody, albo szybko zdjąć i poczuć się trochę jak Cejrowski.
DSC04497 (Copy)

Szlak oznaczony jest dyskretnie niebieskimi strzałkami i liniami, wprawne oko jednak je wypatrzy 🙂 Szkoda mi trochę że ominąłem mały półwysep wystający wyzywająco w morze, ale cóż, może następnym razem. Na jego końcu znajduje się kilka punkcików widokowych, z najbardziej wysuniętym ‚Pointe de Cacau’, zdjęcia do wygooglowania, bo nie mam, nie było mnie tam.
DSC04510 (Copy)

Idąc dalej poruszałem się ciągle przy samym wybrzeżu wzdłuż ‚Calanque de Port Pin’. Ścieżka nadal jest wymagająca, a słońce ciągle niemiłosiernie spieka. Zakręcam trochę aby zmienić widoki. Po chwilowym pejzażu samego morza przed oczami, znów wchodzę powoli w kolejny fiord, moim oczom ukazuje się coś przepięknego, wymarzona plaża, niebiańska, tylko trochę dużo ludzi 🙂
DSC04516 (Copy)
Miejsce owe zwie się ‚Calanque d’en Vau’. Ha, tylko jak tam zejść? Jakieś 1,5 km okrężną drogą oczywiście, ruszamy. Najpierw trzeba się trochę oddalić, wchodzimy we wspomniany wcześniej ląd, bez widoku wody, trochę na czuja, ale ścieżką która jest najlepiej wydeptana. Potem należy zejść ostro w dół, jest to oznaczone już, ale najpierw zdjęcie, w dalekim tle archipelag wysp Riou.DSC04521 (Copy)
Podczas owego zejścia należy posiłkować się wszystkimi czterema kończynami, a także tych dwóch górnych należy użyczyć czasem paniom, no chyba że są lepiej od nas wysportowane. Jest to tylko 300 metrów jeżeli spojrzymy na mapę, ale różnica wysokości przy tym dystansie to 70 metrów. No cóż, droga do raju nie jest łatwa:

Potem kawałek już dobrą ścieżką, i docieramy na miejsce. Średniej wielkości plaża, z obu stron wysokie skały, po lewej bardziej dostępne dla ludzi, po prawej tylko dla parających się wspinaczką. Tu się kąpałem 🙂 Ulokowałem się na skałkach, w miejscu dość odosobnionym, zostawiłem swój mały dobytek i wskoczyłem do wody. Ciepła, przynajmniej dla mnie, popływałem w okolicy skałek, trochę się oddaliłem w stronę morza, potem dopłynąłem również do plaży, trochę posiedziałem, odpocząłem, dopłynąłem znów do moich skałek i wygramoliłem się aby wyschnąć.
DSC04526 (Copy) DSC04527 (Copy)

W każdej podróży czegoś żałuje, zawsze znajdzie się rzecz której nie zrobiłem, albo zrobiłbym inaczej. Tym razem szkoda mi że nie skoczyłem do wody z tych skałek na zdjęciu powyżej. Przyznam że się trochę bałem, zwłaszcza że byłem sam. Ale cóż, jest okazja aby tam kiedyś wrócić, są chętni?
Na zachętę polecam wszystkim wygooglować sobie grafiki, z nazwą ‚Calanque d’en Vau’. Te zdjęcia nie są podkręcone, ani podkolorowane żadnym filtrem, tak tam jest pięknie.DSC04530 (Copy)

Czas wracać. Podczas schodzenia na dalekim horyzoncie widoczna była chmura burzowa, ale nie dane jej było tu dotrzeć. Mimo wszystko zrobiło się trochę późno, a nie chciałem się spóźnić na autobus. Tym razem wspinaczka pod górę, fotka przy kamieniu i powrót drogą na skróty. Wydaje mi się że powinna pojawić się tu mapka, w poprzednim wpisie było ich kilka, także tu wystarczy jedna, również z mojego rowerowego serwisu. Link do niej: Ride with gps- Calanques
Legenda: zielone-trasa do, niebieskie- powrót, czerwone to ten najtrudniejszy moment.
DSC04532 (Copy)

Zdjęcie z trasy powyżej to droga powrotna, zwykła ścieżka, potem już z prymitywnymi stopniami. Nie sposób się zgubić.
Dalsza droga została pokonana przeze mnie w szybkim tempie, wszystko już widziałem, ale przede wszystkim bardzo chciało mi się pić. Udało mi się znaleźć sklep, ugasić pragnienie, najważniejsze jednak że zostało mi jeszcze trochę czasu na zwiedzanie.
DSC04554 (Copy) DSC04543 (Copy)

Bule tu to standard, podobnie było na Majorce, jak i w samej Marsylii. W krajach śródziemnomorskich podobają mi się bardzo ozdobne tabliczki wmurowane w ściany domów, albo po prostu z mumerami, popatrzcie:
DSC04552 (Copy) DSC04534 (Copy) DSC04553 (Copy)

Chciałem zdążyć na ostatni autobus, jednak mimo że byłem wcześniej to i tak odjechał… Dużo ludzi prócz mnie nie zabrało się, więc po kilkunastu minutach podjechał drugi. Udało się, pożegnanie z Cassis i w drogę.
DSC04466 (Copy) DSC04465 (Copy)DSC04459 (Copy)

Pierwszy dzień zwiedzania dobiegł końca, zmęczony, zadowolony wróciłem do Marsylii i pokręciłem się trochę po samym centrum. W porcie mnóstwo ludzi, także jest bezpiecznie nawet do tej 21.
DSC04557 (Copy)

Mało było w ścisłym centrum klimatycznych miejsc, nie jest to bowiem miasto z wybitnie zachowaną dużą ilością starych budynków. Za to wiele małych sklepików z modnymi markami, restauracyjki, knajpy, jak zwykle…
W pewnym momencie idąc już tak po 20 jedną z ciasnych uliczek w stronę dworca zauważyłem że wszedłem w mniej ciekawe towarzystwo, dookoła mnie zaroiło się od przybyszów raczej z bliskiego wschodu, taka dzielnia, ale po prostu szedłem sobie dalej jak gdyby nigdy nic. Thibaut, u którego mieszkałem, pytał mnie później jak spędziłem dzień, zauważył że noszę aparat na nadgarstku, bez futerału, tak po prostu, lubię sobie nim machać, i powiedział coś w stylu: ‚o, nie martwiłeś się że ci ktoś ukradnie?’. Zdałem sobie wtedy sprawę że byłem trochę ciut lekkomyślny, ale koniec, końców uśmiechnąłem się w duszy, no bo kto chciałby takiego 10-cio letniego złoma, który już tyle przeszedł 🙂
DSC04563 (Copy)

Dzień drugi.
Pobudka znowu z samego rana. Przed wyjazdem do kolejnej destynacji udałem się na zwiedzanie dzielnicy znanej  jako ‚Le Panier’. Według przewodników najstarsza dzielnica, zamieszkała jednak głównie przez imigrantów i nie wyglądająca zbyt ciekawie. Trasa wiedzie kilkoma ulicami, oprowadzają nas narysowane na chodnikach linie i strzałki, a posiłkować sie można mini-mapkami z ulotek z punktu informacyjnego. No właśnie, w owe artykuły zaopatrzyłem się niedaleko stacji metra ‚Vieux-Port’, troszkę trzeba w stronę miasta podejść pod górę, biuro turystycznej informacji jest bardzo dobrze widoczne.
DSC04571 (Copy)

Wracając do spaceru, obszedłem tą dzielnicę w sumie szybko i bez specjalnego zadowolenia… nic ciekawego, brud smród i cała reszta, dobrze że byłem z samego rana, było bowiem bardzo mało ludzi, miasto dopiero budziło się do życia. Parę ciekawych murali, pewnie z przewodnikiem w ręku, można by było zwrócić na coś konkretnego uwagę, ale cóż, to nie mój sposób na zwiedzanie.
DSC04573 (Copy)DSC04574 (Copy)

Celem dnia dzisiejszego jest Aix-en-Provence, więc przejdźmy do rzeczy. Autobus do tej miejscowości odchodzi z dworca St. Charles. Kilkadziesiąt minut i jestem. Pogoda nadal mnie rozpieszcza. Widoki jakie zastaje po przyjeździe wynagradzają mi poranną przechadzkę po Marsylii.
DSC04580

Świetnie się spacerowało, było już stosunkowo dużo ludzi, kramiki pootwierane, ludzie ruszają na zakupy na swoje ulubione targowiska. Chciałem się przejść jak największą liczbą uliczek starego miasta, chodziłem w zasadzie ot tak, zdany na intuicję.
DSC04584 (Copy) DSC04589 (Copy) DSC04594 (Copy)

Lawenda obowiązkowo jest, tu do pary z mydełkami, wszelkiego kształtu i rozmiaru, wolę Aleppo, ale pooglądać można.
DSC04596 (Copy) DSC04597 (Copy)

Zabudowa gdzieniegdzie wąska, lecz dominują normalnej szerokości ulice.
DSC04602 (Copy) DSC04608 (Copy)

Trafiłem też na coś w rodzaju targów małej architektury ogrodniczej, zaciekawiły mnie szczególnie sekatory z ciekawym przeniesieniem siły zgniotu, tak że nawet dziecko mogło by swobodnie ciąć 5-cio centymetrowe gałęzie 🙂 Bardzo przyjemne były też mgiełki ogrodowe wspomagane wentylatorami, wspaniałe orzeźwienie podczas takich upałów.
DSC04617 (Copy)

Dotarłem również na obrzeża miasta, chciałem bowiem dojść do terenów zielonych. O wzgórzach z super widokami niestety nie ma mowy, okolica to w większości las, a do pagórków za daleko. Udało mi się tylko trafić do małego parku za stadionem, po drodze nawet spotkałem lisa, ukrywał się cwany, ale go wypatrzyłem 😉
DSC04619 (Copy)

Co miałem zobaczyć, zobaczyłem, dlatego obrałem kurs na drogę powrotną.
Podsumowując Aix to bardzo miłe miasteczko, do pochodzenia, pospacerowania, posiedzenia przy kawie w cieniu platanów, tak na pół dnia w sam raz.
DSC04610 (Copy) DSC04622 (Copy) DSC04592 (Copy) DSC04624 (Copy)DSC04603 (Copy)

Do Marsylii wróciłem około godziny 15. Jest jeszcze mnóstwo czasu, a w planach mam kościół ‚Notre- Dame de la Garde’, oraz południową dzielnicę willową z plażami oczywiście. Szykuje się długa wędrówka.
DSC04575 (Copy)

Najpierw wzgórze z bazyliką, dochodzę tam plątaniną uliczek, potem szerokimi reprezentatywnymi schodami od strony północnej. Im jestem wyżej tym morska bryza jest silniejsza, to dobrze bowiem temperatury popołudnia dają mi się we znaki.
DSC04630 (Copy)

Wstęp do środka mamy darmowy, jest to po prostu otwarty kościół. Spędzam chwilę w środku, potem wychodzę podziwiać panoramę. Widać całe miasto z kilku stron, widoki warte wejścia tu.
DSC04632 (Copy)

Schodziłem już inną drogą, małymi schodkami, w zasadzie wykutą ścieżką, kierując się w stronę wody. Wyszedłem w okolicach zatoki ‚Fausse Monnaie’. W tym miejscu właśnie, przy morzu, zaczyna biec ‚Corniche du Président-John-Fitzgerald-Kennedy’ charakterystyczny bulwar ciągnący się samym wybrzeżem. Ciekawostka: na tej ulicy rozgrywała się pierwsza scena ‚Marsylskiego łącznika- KLIK‚, przyzwoitego i klimatycznego filmu o francuskiej mafii lat 70-tych.
DSC04666 (Copy)
Oczywiście piesi i rowerzyści na całej długości mają do dyspozycji chodnik. Wspaniałe widoki, często pod nami skały, na niektórych nawet amatorzy opalania i kąpieli!
DSC04664

Im dalej się zapuszczamy, okolica łagodnieje, robi się bardziej płasko, pojawiają się szerokie plaże, ale nadal nietypowe, bo z kamyczkami, lub umocnione większymi głazami.
DSC04650 (Copy) DSC04644 (Copy)

Nie wspomniałem wcześniej, że moim celem jest diabelski młyn, widoczny powyżej. Misję udało się zrealizować, zadziwiająco szybko, uwinąłem się w jakieś dwie godziny. Dlatego zachciało mi się iść dalej 🙂
DSC04658 (Copy)

Finalnie dotarłem do plaży przy zatoce ‚Vieille Chapelle’. Aby tu dojść z bazyliki, przedreptałem jakieś 7 km, trochę po asfalcie, trochę po kamyczkach na plaży, jak również i mocząc stopy.
Czas na powrót, bo słońce pięknie zachodzi.
A ta żyrafa to gdzieś w centrum, nie miałem jej jak zapowiedzieć wcześniej 🙂
DSC04626 (Copy)

Ostatniego dnia wstałem równie wcześnie jak poprzednio. Już o 8 byłem na mieście, autobus na lotnisko miałem około 12, i w tym czasie chciałem jeszcze parę rzeczy obejrzeć. Będzie szybko. Udałem się w stronę portu towarowego, skrajem ‚Le Panier’, zahaczyłem o port jachtowy, rybne targowisko, wróciłem trochę na południe, wszedłem na wzgórze z widokiem na plażę w zatoczce ‚Catalans’, okazało się że zejście jest tylko jedno, ta samą drogą jak wszedłem, zapuściłem się na pizzę którą sprzedawali taniutko w kawałkach przy Rue du Marche des Capucins?, na koniec zaś musiałem podbiegać bo byłem spóźniony…
DSC04677 (Copy) DSC04686 (Copy) DSC04690 (Copy) DSC04693 (Copy) DSC04695 (Copy)

The End. Podsumowań czas.
Wyprawa zdecydowanie udana, wszystkiego po trochu, wody, natury i miejskiego gwaru. Cyferki: ogólnie wyszło dość dużo, ale ograniczę się do tych ważniejszych. Bilet: 240, nocleg: 210, reszta to dojazdy na lotnisko i do Warszawy, bilety autobusowe na miejscu i wyżywienie, to daje 300 zł. Jak na 3 dni to w sumie w granicach rozsądku.
Czy coś bym poprawił? Raczej nie, Marsylia sama w sobie okazała się mało ciekawym miastem, o wiele bardziej wartościowe są okolice. Na pewno w przyszłości pozwolę sobie odwiedzić te tereny raz jeszcze, ale uwagę kierując bliżej Saint-Tropez i Monaco, albo Montpellier i Awinionu. Pozdrawiam.

0 Comments

Leave Your Reply