instagram

Katania, Etna i Taormina

Czas wejść na jakiś wulkan, najlepiej czynny i z ładnymi widokami 🙂 Niech będzie więc Etna, całkiem blisko, dobrze skomunikowana, na dodatek w moim ulubionym kraju. Ponad rok temu chciałem zobaczyć panoramę z Wezuwiusza, ale chmurzasta pogoda mi to uniemożliwiła. Więc lecimy, do Katanii, na Sycylię, ponoć najbiedniejszego regionu we Włoszech, także najniebezpieczniejszego. Ojczyzna mafii- według filmów i źródeł pisanych, dla mieszkańców zwykłe miasto, dla mnie również, tylko trochę cieplejsze i ładniejsze od rodzinnego, lecz z pewnością nie czystsze… Zaczynamy

Nie odbiegam od schematu, wróciłem z ostatniej podróży, więc trzeba rozejrzeć się za biletami. Im więcej tego rozglądania, tym szybciej trafiam. Katania, tu mnie jeszcze nie było. W dyskusjach na temat tego regionu pojawia się nader często wątek wyboru lotniska, gdzie chcemy wylądować. Ja problemu nie miałem, bilet w cenie 172 zł skutecznie mnie przyciągnął. Alternatywą jest Palermo, podobno bardziej turystycznie, z drugiej strony wyspy, czyściej, z ładnymi plażami… Totalnie nie dla mnie 😉
Plan dosyć dobrze ustawiłem względem moich preferencji, pogodę zapowiadali całkiem znośną, ruszamy.
dsc08565-copy
Ponad 20 kresek w cieniu, można więc zdjąć co nieco. Koniec października będzie chyba moim wzorem w kolejnych latach do rezerwowania czasu, na szybki „wypad do…” U nas robi się już nieciekawie, ale za to południowa Europa oferuje znacznie wyższy wachlarz temperatur. Przyleciałem z rana, więc czasu na poznanie miasta mam dużo. Katania jest całkiem spora, choć z lotniska można przyjść pieszo. Po drodze mijamy niezbyt ciekawe okolice, ale dosyć szybko zagłębiamy się w centralne rejony. Alternatywa to specjalny autobus, lub zwykły miejski, w drodze powrotnej korzystałem już z niego. Fajnie by było, gdyby z drogi prowadzącej do portu lotniczego można było łatwo wstąpić na plażę i nią kontynuować wędrówkę w kierunku starego miasta, lecz niestety tak nie jest i trzeba kombinować. Nie chciałem nadkładać drogi, więc nie odwiedziłem tu wybrzeża, wiem natomiast, że plaże w rejonie nie należą do najlepszych. Miałem okazję natomiast poobserwować zwyczajne życie na przedmieściach.
dsc08558-copy
Centralną częścią miasta biegnie ulica zwana „Via Etnea”, z niej w odpowiednim momencie widać wulkan. Tu również koncentruje się życie turystyczne Katanii, a liczne place i odchodzące w bok arterie tworzą charakterystyczny układ. Ciężko tu zabłądzić, choć odchodząc kawałek dalej, można natknąć się na szemrane towarzystwo, zwłaszcza po zmroku.
dsc08575-copy
Ponadto Katania jest uważana za brudne i specyficzne miasto, poniekąd się z tym zgadzam, choć wiele osób chyba naoglądało się za dużo kurortów i wymuskanych dzielnic turystycznych w innych częściach świata. Nie czułem się tu nieswojo, choć w gruncie rzeczy to nie odchodziłem zbyt daleko w bok, bądź na północ. Nie było takiej potrzeby, byłem zbyt zajęty i zmęczony, ponadto rzeczywiście nie ma tu zbyt dużo zabytków.
dsc08571-copy
Jest za to wiele kościołów. Nawet jedna z ulic zowie się „Via Crociferi” i jest skupiskiem mnóstwa świętych przybytków, często już nieczynnych, przed którymi restauracje wystawiają swoje stoliki. Przypomniałem sobie o niej przedostatniego wieczora i myślę, że w nocy wygląda o wiele ciekawiej, niż za dnia. Oczywiście jest też bardzo dużo kościołów czynnych, nadających się do zwiedzania. Ostatnio zdałem sobie sprawę z ciekawego zjawiska, otóż gdy wejdziemy do świątyni prosto z ulicy, możemy się wyciszyć, to oczywiste, ale gdy posiedzimy troszkę dłużej, pomodlimy się, odpoczniemy, to uświadomimy sobie, że dosłownie parę metrów dalej za drzwiami, pędzą turyści. Nieraz nie chce się wychodzić. Kościoły w starych miastach bardzo często są wciśnięte w ciąg kamienic, od światła i gwaru ulicznego dzielą je tylko drzwi, które notabene są również inne niż te, które zazwyczaj spotykamy u nas w kraju. Najpierw wchodzi się do małej kruchty już w środku budynku, a dopiero potem w prawo lub w lewo. Cóż, przynajmniej dla mnie to nie jest codzienność, a taki mały odpoczynek w cichym miejscu, to charakterystyczne doświadczenie.
dsc08563-copy
Nocleg miałem w najwyższym budynku miasta, na ostatnim piętrze. Ciekawa miejscówka, w czasach gdy na „airbnb” jest coraz więcej zwykłych mieszkań adaptowanych na pokoje dla turystów, tu mamy okazję mieszkać z gospodarzem. Od głównej ulicy dzieliło mnie kilkadziesiąt metrów, lokalizacja wyborna, zwłaszcza, że obok znajdowały się dwie popularne kawiarnie Savia i Spinella, z mnóstwem ciastek do wyboru, może o tym później; o „caffè” również nie zapomnę.
dsc08566-copy
pano_20191022_161150-copy

Na pierwszy ogień kolejnego dnia, idzie Etna. Należy wstać rano, kupić bilet i w drogę. Jedzie się jakieś 1,5-2 h, choć nie jest daleko. Wiadomo, korki, sam autobus ma też inną specyfikę poruszania się. W środku dostajemy praktyczne informacje od pracownika firmy przewozowej, mówi jak warto się dostać na górę, opisuje dostępne warianty, a na koniec oczywiście zachęca do wykupienia pewnego pakietu/wycieczki, choć wcześniej wspominał, że jest tylko zwykłym kierowcą… całe Włochy. Sprawnie dotarliśmy na miejsce, do powrotu mam 6 godzin, kursy są właśnie tak ustawione, w tym przypadku dwa autobusy z rana, powrót tylko około 16. Zaczynam więc moją wędrówkę, aby jak najwięcej zobaczyć. Już z okien autobusu widoki powalały, na samym parkingu również, jak to dopiero początek, to ja ……
dsc08578-copy
Mam w planach dostać się pieszo jak najdalej się da. Nie jest to jakieś wyzwanie, ale również wolę się nie przemęczać, tylko by mi brakowało przeziębienia po powrocie. Temperatura po wyjściu zmusza mnie już do założenia cienkiej wiatrówki. Warianty wejścia są następujące. Całość pieszo, lub pierwszy fragment pokonujemy kolejką linową, a drugi autobuso-ciężarówkami, ja polecam mix. Koszt takiego przedsięwzięcia po ponad 60 euro. Troszkę dużo, nie będę ukrywał że chciałem oszczędzić, ale również bardzo lubię wędrówki i takie wyzwania mnie pociągają. Już po zejściu miałem jednak pewność, że pierwszy etap, czyli „spacer” pod linią kolejki warto sobie darować. Będzie nam lżej o 30 E, lecz zaoszczędzimy w moim przypadku 2 godziny (wejście, plus wcale nie prostsze zejście), oraz na tym fragmencie nie mamy zbytnio inspirujących widoków, jest co tu dużo ukrywać, monotonnie.
dsc08583-copy
Łatwo to tylko wygląda. Rozebrałem się do t-shirta, nie wiało tu zbytnio, a słońce świeciło prosto na zbocze, założyłem pod spód bieliznę termoaktywną i ruszyłem. Najpierw ubitymi drogami, potem już zaczęła się zabawa na śliskich kamieniach. Minąłem dużą rodzinę z Francji, potem jednego dziadka z kijkami około 70-tki, następnie dogoniłem grupkę oczywiście polaków. Oni przerwa, ja ich; mój odpoczynek, analogicznie oni mnie wyprzedzali… Takim oto sposobem dotarłem do górnej stacji kolejki. Tu już znacznie więcej osób wybierało się pieszo. Samochody zabierały bowiem ludzi na główne kratery tak jakby od tyłu. W miejsce z łatwym podejściem, dotarłem tam po około 1,5 h, ale o tym potem. Nie polecam nikomu wycieczki ciężarówkami, co ja bowiem po drodze zobaczyłem….
dsc08599-copy
Wybierając kolejkę linową oszczędzamy masę czasu, dlatego z całym sercem rekomenduję w dalszą część wybrać się pieszo. No chyba, że Etna to tylko nasz checkpoint do zaliczenia na parę minut, jesteśmy chorobliwie otyli, mamy lakierki lub trampki, albo faktycznie kondycja zawodzi, a urodziliśmy się zaraz po drugiej światowej.
dsc08608-copy
Najpierw droga nas wiedzie trasą ubitą dla ciężarówek, potem odbijamy w lewo na pieszy szlak, a potem jeszcze raz w lewo na pierwszy krater. Przyjrzyjcie się uważnie zdjęciu powyżej. Widać na nim zarówno górną stację kolejki, jak i małe mrówki- przedstawicieli rodzaju ludzkiego. Ja jestem już na górze, nie było łatwo, wybrałem chyba jedną z trudniejszych tras, idzie się bowiem w finalnym momencie ostro pod górę, buty zapadają się z wulkanicznym żwirze. Po drodze gdzie nie spojrzeć fenomenalne widoki. Dowiedziałem się potem, że w ten dzień pogoda dopisała. Ja się nieźle zgrzałem, a już na górze musiałem założyć kurtkę. Było jednak mnóstwo osób w zwykłych bluzach, czasem krótkich spodniach, a nawet zwykłych trampkach. Hmm, ci ostatni pewnie czymś podjechali….
dsc08601-copy
Moje niskie trekingi miały parę obtarć na noskach, spodziewałem się że będzie gorzej. Etna oferuje nam dwa główne starsze kratery, do tych dymiących jest daleko, droga również nie wydaje się zachęcająca. Poza tym, teraz nie można się tam wybierać, nawet z przewodnikami. Zresztą przy kraterach „Filosofo’ i tak jest co robić. Ja spędziłem tu godzinę.
dsc08611-copy
Jak widać poniżej, aktualnie z jednego niedostępnego krateru stale się dymi, tak na żółto-biało, natomiast z drugiego co parę minut wyrzucany jest szary pióropusz popiołów.
dsc08616-copy
Nie trzeba również iść daleko aby coś ujrzeć, na jednym fragmencie widziałem parę wydobywającą się ze zbocza, w innym miejscu są natomiast wykopane dołki z których bije ciepło. Jajko można bez problemu ugotować.
img_20191023_121048-copy
img_20191023_123700_hdr-copy
Nie spodziewałem się aż tylu turystów na Etnie w tym czasie, było poza sezonem. Niewątpliwie jednak pogoda mi dopisała, mogłem w pełni podziwiać uroki tej góry, popatrzcie zresztą sami:
img_20191023_125204_hdr-copy
dsc08622-copy
dsc08625-copy
dsc08630-copy
dsc08639-copy
dsc08640-copy
dsc08645-copy
Wracając zaliczyłem jeszcze parę wygasłych starych kraterów. Nawet przy samym schronisku były dwa malutkie łatwo dostępne. Podczas schodzenia zboczyłem nieco z trasy pod kolejką, rozciągał się tu piękny widok z innej strony na Etnę. W ogóle jeżeli martwicie się, że nie dacie rady, albo zabłądzicie, to wybijcie sobie to z głowy. Wszystko jest widoczne jak na dłoni, już po pokonaniu pierwszego etapu, nieważne czy o własnych siłach, czy to kolejką. Mnóstwo ludzi, zorganizowanych wycieczek, wybór tras można dostosować do swoich możliwości, tu nie podejdę- kawałek dalej jest łagodniejsze wejście, to za daleko- cóż, odpuszczę sobie i pójdę inną trasą.
Jak będę miał okazję to wracam, tylko lepiej się przygotuje 🙂
dsc08660-copy
dsc08663-copy
Małe słowo jeszcze o jednej atrakcji. Są takie fragmenty przy schodzeniu, które można pokonać zjeżdżając w żwirze. Drobne kamyki bowiem układają się w grubą warstwę, która spycha nas w dół i amortyzuje kroki. Oczywistym jest, że mega utrudnia to wchodzenie, ale te miejsca nie są do tego przeznaczone 🙂
Ja przesadziłem trochę, gdyż zbyt się rozpędziłem, ale za to wrażenia bezcenne, a fragment po którym mozolnie wspinałem się jakieś 15 minut, zaraz obok już na nieco innym podłożu, pozwolił mi „zjechać” z krateru w dosłownie minutę.
dsc08572-copy
Ta głowa z trzema nogami to chyba jakiś symbol Sycylii, moja ignorancja w kwestii poznania lokalnych zwyczajów, przeraża czasem mnie samego, ale nadrobię zaraz w jakimś przewodniku 🙂 Cecha charakterystyczna miast południa Europy pozostaje i tu bezzmienna. Mnóstwo ozdób w murach domów, wbudowane kapliczki, rzeźbione wzory, mozaiki, cyfry w śródziemnomorskim klimacie, bardzo to lubię. Dodatkowo w małych miejscowościach turystycznych, zawartość sklepów z pamiątkami wylewa się na ulicę.
dsc08721-copy
dsc08730-copy
dsc08732-copy
S
ycylia jest również ojczyzną jednej specyficznej gry, do których używa się specjalnych kart. Służą one również zapewne do innych rozgrywek, ale nazwa „Scopa” najbardziej zapadła mi w pamięć. Zamiast pików i innych kolorów mamy do czynienia tu z monetami, mieczami, maczugami i kielichami. Te ostatnie w powiększeniu na zdjęciu niżej, a zasady gry w linku: TU
dsc08731-copy
Drugi dzień pod znakiem Taorminy. Aura sprzyja, czas zatem w drogę. Niewielkie turystyczne miasteczko na zboczu, przylega do niego malutka wysepka Isola Bella, z florystycznym rezerwatem przyrody. Podczas niższego poziomu wód dostajemy się tu mocząc tylko nieco nogi.
img_20191024_102406-copy
dsc08759-copy
A centrum miasta to piękny turystyczny zakątek. Jest to część obowiązkowa dla moich podróży, zgiełk, mnóstwo ludzi, komercja, chińskie magnesy i kubki, restauracyjki, stoiska z pocztówkami, z ulicznym jedzeniem. Lubię to, lecz muszę mieć alternatywę, aby zapuścić się gdzieś dalej. Tego dnia było idealnie.
dsc08677-copy
dsc08679-copy
dsc08711-copy
dsc08715-copy
dsc08717-copy
Gdy nasyciłem się widokiem tego wszystkiego wyruszyłem szukać drogi do Castelmoli. Jest to malutka miejscowość jeszcze wyżej na zboczu niż Taormina. Udało się dosyć szybko i zagłębiłem się w gąszcz na początku, potem w skwar na zboczu.
dsc08738-copy
Widoki piękne, sama ścieżka wygląda na nieużywaną ale spokojnie do przejścia. Po drodze mała kapliczka, przysiadłem na chwilę na murku, fajne miejsce na przekąskę, bowiem można się nieźle zmęczyć.
dsc08744-copy
dsc08743-copy
Miasteczko przypominało mi górne fragmenty w Amantei. Swoją drogą całkiem blisko. Ciasne uliczki, cicho i spokojnie, z okien tylko odgłosy gotowania, pora obiadowa, życie toczy się powoli.
dsc08745-copy
dsc08751-copy
Droga powrotna z drugiej strony miejscowości już mniej malownicza, również bardziej stroma, dobrze w sumie, że tędy schodzę.
dsc08756-copy
Ostatni w moim opisie, ale pierwszy odwiedzony po przybyciu punkt w Taorminie, to teatr grecki, a właściwie jego ruiny. Miejsce fenomenalne, moje klimaty. Dyszka za wejście, mam czas, zresztą w tej podróży troszkę zmieniłem podejście do pieniędzy, wydawałem więcej 😀 O kosztach później, wróćmy do opisu. Nie mogę nadal pojąć dlaczego na wizualizacjach jest pokazany zrekonstruowany mur, który zasłania nam wulkan, przecież to fenomenalny widok.
dsc08690-copy
Wyobraźcie sobie, że siedzicie na trybunach, w tle Etna, wybrzeże, zieleń krajobrazu i zachód słońca. Popijając rozwodnione wino oglądacie komedię… Cóż, teraz fajnie to wygląda, ale tam był normalnie dach i cała reszta. Z każdego miejsca panorama zapiera dech w piersiach. Miejsce jest niewielkie, ale chciałoby się tam zostać do wieczora, choćby obejrzeć słońce zachodzące za wulkan.
dsc08688-copy
img_20191024_105955-copy

dsc08695-copy
K
olejny, ostatni dzień- Syrakuzy, konkretnie nastawiłem się na wysepkę Ortigię. Niestety zachmurzyło się tego dnia, około południa natomiast już lunęło, z początku lżej, potem przechodziły niezłe fale deszczu. Zatem będzie tylko parę zdjęć. Wiem jednak, że i tak miasto jest jak dla mnie bez porównania z poprzednim, pod względem waloru turystycznego. Na uwagę zasługuje jednak jedna rzecz- kanapka. Na forum wygrzebałem informację o pewnym lokalu, w którym serwują danie w znanej nam doskonale formie, z mozarellą, regionalną szynką, oraz warzywami (oliwki obowiązkowo). Mieliście zapewne sytuację w życiu przy robieniu dania/obiadu, że zrobiliście zbyt dużo farszu/sosu (głównego składnika) w stosunku do reszty i nie chcieliście tego zostawiać na później. Trzeba było wszystko wpakować na kromkę, dołożyć do ziemniaków….Taka własnie jest ta kanapka, wypasiona do granic możliwości. Wszystko wypływa przy jedzeniu, palce się kleją, ale na podniebieniu raj. Świerze warzywa, ser, tradycyjna wędlina, niebo w gębie. Oceny na google- 4,8 Caseificio Borderi- mój brzuszek również poleca. Nawet gdy teraz to piszę, to pamiętam jej smak 🙂 Zdjęć nie będzie, albo proszę, nie moje: KLIK
dsc08779-copy
dsc08781-copy
Strasznie wiało ogólnie tam.
dsc08784-copy
dsc08791-copy
dsc08794-copy
Będę kończył, ale nie tak szybko. Mam dobrą wenę do pisania. Dla niecierpliwych koszty, ostatnio nie podawałem. Razem jakoś 1200 zł w zaokrągleniu. Jak dla oszczędnego mnie, to dużo jak na 4 dni. Nocleg, 85 E, bilet lotniczy wspomniany na wstępie. Komunikacja i bilety wstępu na wyspie to 35 E. Reszta to pamiątki i jedzenie. I tu pozwoliłem sobie na nieco więcej. Kawa, ciastko, kawa, ciastko, pizza, pizza, pizza 🙂 Latam sam, robię co chce, zazwyczaj nie chciało mi się siadać gdzieś w lokalu z widelcem i nożem, street food i jakieś smakołyki ze sklepu wystarczały. Tym razem z uwagi na dobre ceny, ponoć kawa w tym rejonie należy do najtańszych, było inaczej. Co do ciemnego trunku, to mit że jak mała czarna, to tylko espresso i we Włoszech. Wszędzie smakuje tak samo, musi być oczywiście dobre ziarno i ekspres, lecz to jest tu raczej standardem. Ostatnio odstawiam cukier, więc caffe w malutkiej filiżance bardzo mi smakuje. Desery, mmmm, poznana w Neapolu baba była i tu, ciastko drożdżowe o kształcie grzybka, w słodkim alkoholowym syropie, pyszności moje. Cannolo, arancini, granita, mają tam tych specjałów na pęczki. Mój faworyt to jednak ciastko na pamiątkę męczeństwa św. Agaty, w kształcie kobiecej piersi, którą jej odcięto. Historia tragiczna, ale połączenie biszkoptu z serkiem ricotta, lukrową polewą i innymi składnikami, to kwintesencja słodkości- cassatella di sant’Agata.
Żałuję tylko, że nie spróbowałem lodów w brioszce, lokal gdzie wieczorem poszedłem był niestety zamknięty… Czy ja pisałem coś o unikaniu cukru???
Katania to dla mnie miasto całkiem zwykłe, troszkę cyganów, obywateli z Afryki, szukających zarobku. Chodniki delikatnie mówiąc rozklekotane, jak w ogóle są! Kultura mieszkańców nie do podrobienia, ruch samochodowy jak w całych Włoszech 🙂 Wiem, to biedne rejony, ale czy u nas nie ma niedostatku i nędzy? Po prostu niezauważamy, nie chodzimy w niektóre miejsca. Ja w Katanii również daleko nie wychodziłem.

img_20191025_121031_hdr-copy

0 Comments

Leave Your Reply